poniedziałek, 29 grudnia 2014

Corruption of Champions, krok po kroku

Krok 1:
Upewnić się, że ma się ukończone 18 lat.

Krok 2:
Wejść na stronę www.fenoxo.com. Można się porozglądać i ocenić, co to za ciekawy ląd... A następnie kliknąć zakładkę "play". Spośród wymienionych gier wybrać Corruption of Champions.

Krok 3:
Zorientować się, że gra jest flashowa, tekstowa i w zasadzie pozbawiona grafiki (jeśli nie liczyć garści małych sprite'ów i image packa, którego można ściągnąć, jeśli chce się grać z dysku, a nie w przeglądarce).

Krok 4:
Fabuła... Jest sporo tekstu, więc mocno skrócę. Jesteś czempionem wybranym spośród mieszkańców swojej wioski, który przez magiczny portal dociera do krainy demonów, gdzie ma żuć gumę i kopać tyłki.

Krok 5:
Gra w stanie ciągłego rozwoju, więc na chwilę obecną chyba nie ma jakiegoś solidnego endgame'u. Ale jako sandbox działa sprawnie.

Krok 6:
To w sumie cRPG, więc należy stworzyć postać. Wybrać płeć, cechy fizyczne, perki... I w drogę, kopać tyłki.

Krok 7:
Odkryć pierwszy objaw Wybitnej Gry - tury. Gramy bez pośpiechu, można spokojnie zapalić fajkę, wypić kawę, odebrać telefon... Relaks, mówiąc krótko. Każdy dzień naszego bohatera (lub bohaterki) zaczyna się o 6 rano, a kończy o 9 wieczorem. Każda tura trwa godzinę czasu gry (no, prawie każda, zdarzają się takie rzeczy, które zjadają więcej czasu, ale nieczęsto). Podczas tury można eksplorować krainę, albo odwiedzać odnalezione miejsca. W tychże miejscach można znaleźć npc'ów albo wrogów.

Krok 8:
Walka. Też turowa. Można atakować, bronić się, uciekać, używać umiejetności (jeśłi się je posiada), rzucać czary (jeśli się je zna), wreszcie można... No właśnie... Można doprowadzić wroga to seksualnego amoku, a wtedy staje się bezsilny. Zwycięstwo świętuje się całkiem dobrze napisaną pornoscenką.

Krok 9:
Po walce trzeba się wyleczyć. Można odpocząć w obozie, ale przecież szybciej jest łyknąć jakiś napój...

Krok 10:
W plecaku ma się kilka napojów. Zacząć od Equinum... O tak, podniosły się atrybuty bohatera, przybyło siły i wytrzymałości.... ale...
... hmm. Wygląda na to, że penis bohatera urósł. Logicznym krokiem jest wypicie drugiej dawki.
... hmmm. Ekhem... Wygląda na to, że teraz bohater nie ma już ludzkiego członka, tylko horsecocka.

Krok 11:
Z pewnymi obawami grać dalej. Przekonać się, że każdy przedmiot, który można zjeść lub wypić może zmienić atrybuty i wywołać transformacje bohatera. Wygląda na to, że liczba kombinacji jest olbrzymia...

Krok 12:
Napój Incubusa? A co to robi..?

Krok 13:
...
......
.........
Mwahahahaha!
Teraz mój bohater ma już DWA penisy.
A mam wrażenie, że gra dopiero się rozkręca.

Krok 14:
Po dłuższym czasie, pełnym najróżniejszych scen pornograficznych, dojść do wniosku, że CoC jest genialną grą.
Każda turowa gra, w której bohater może wyhodować sobie nie dwa, nie trzy, nie pięć, a OSIEM (lub więcej) penisów, jest po prostu dziełem sztuki.

Krok 15:
Zamiast uninstall - czekać na release następnej wersji.

niedziela, 21 grudnia 2014

Two lost souls swimming in a fish bowl

Nie wiem, kim jesteś, ani dlaczego tutaj zaglądasz.
Ale mamy najdłuższą noc w roku i skoro już tu się znajdujesz - równie dobrze możemy spędzić ją tutaj.
Co możemy zrobić? Spróbuję snuć przypuszczenia, kim możesz być.
Na pewno nie trafię ani razu. Możesz się ze mnie pośmiać i wrócić do przygotowań przedświątecznych.
Ale gdyby jednak....
Cholera, sam nie wiem.
Usiądź wygodniej. Zapal, jeśli chcesz. Nalej sobie ulubionego drinka. Ja już wypiłem dwa i dopiero się rozkręcam.
Przed nami najdłuższa noc.

*

Może jesteś pracownikiem jakiejś agencji z trzyliterowym oznaczeniem, a klikasz na adresie tego zakątka Sieci w ramach obowiązków służbowych, żeby upewnić się, że nie organizuję tutaj komórki terrorystycznej albo nie handluję dziecięcą pornografią.
Zazdroszczę Ci odporności psychicznej - gdybym ja musiał codziennie przejrzeć setki takich blogów, palnąłbym sobie w łeb po tygodniu.

*

Wiem, kim nie jesteś. Nie jesteś żadną z moich Największych, Jedynych i Prawdziwych Miłości. Czytanie takich blogów, gdzie nie ma interesujących obrazków, a są tylko ciągnące się przez cały ekran bloki tekstu nie było w stylu żadnej z nich.
Oczywiście, możliwe, że jakimś kosmicznym zbiegiem okoliczności masz z którąś z nich kontakt.
Możesz przekazać, że życzę jej jak najlepiej... i zapytaj, czy dalej ma policzone wszystkie orgazmy.

*

Może jesteś niedawno po rozwodzie? Masz w związku z tym mnóstwo problemów, ale jeden Cię zaskoczył - swojej babci nie możesz się przyznać do rozwodu, bo staruszka ma słabe serce i jest gorliwą katoliczką, a Ty nie chcesz, żeby dostała zawału, jeśli się dowie, że któreś z ukochanych wnucząt wystąpiło przeciw nauce Największej Świętości, czyli Kościoła.
Swoją drogą, ciekawe, czy Bóg naprawdę chce, aby ten nieudany związek trwał, zatruwał życie Twoje, Twoich dzieci i niszczył w Tobie wszystko, co dobre.

*

Może jesteś dziewczyną, którą pamiętam z liceum. Cicha, zawsze gdzieś z boku, dobre stopnie, z makijażem tak delikatnym, że prawie żadnym, ubrana w nie rzucające się w oczy ciuchy, stonowane barwy... A kiedyś napisałaś wiersz, który trafił w jakąś moją strunę, której istnienia nawet nie podejrzewałem.
Nawet po tylu latach trochę żałuję, że wtedy stchórzyłem i nie zaprosiłem Cię na kawę.

*

Może masz tendencję do martwienia się rzeczami, na które nie możesz wywrzeć żadnego wpływu. Nie poradzisz nic na głupotę i korupcję wśród polityków, ale zamartwiasz się, co będzie, jeśli wprowadzą kolejną kretyńską ustawę. Nie masz wpływu na koszta gazu i prądu, ale nie daje ci spać obawa, że za miesiąc jakiś kutas w garniturze je podniesie. Za każdym razem, kiedy widzisz listonosza boisz się, że wręczy Ci zawiadomienie od komornika, że Twoja pensja zostanie zajęta - mimo, że nie masz długów, ale przecież komornicy są bezkarni i co chwila mylą dłużników, rujnując życia innych ludzi. Przed każdą wizytą u lekarza obawiasz się, że w końcu usłyszysz diagnozę: rak. Za każdym razem, kiedy ktoś z rodziny zadzwoni o nietypowej porze, boisz się, że wydarzył się jakiś krwawy wypadek.
Ciekawe, co stosujesz, żeby w ogóle zasnąć? Leki na receptę? Starą dobrą gorzałę?
Czy martwisz się tym, jakie siejesz spustoszenie w swoim organizmie?

*

Może obudowujesz się murem. Masz wrażenie, że wszyscy po drugiej stronie są przeciwko Tobie. Cały pieprzony świat.
Chujowo, kiedy wróg ma aż taką przewagę liczebną.

*

Może jesteś na zakręcie. Wiesz, że z tego łuku można łatwo wypaść, a za nim pewnie w poprzek drogi stoi ciężarówka.
Masz plan ewakuacyjny?
Cięcie żył boli, a potem istnieje ryzyko, że ktoś Cię odratuje. Kawałek sznurka i jakaś gałąź oznaczają długą i bolesną agonię. Wejście pod pociąg raz na jakiś czas kończy się tym, że człowiek odbija się od lokomotywy - można skończyć jako jarzyna, albo cierpiący z bólu inwalida. Podobnie ze skokiem z wysokiego budynku. Tlenek węgla podobno jest bezbolesny, ale zwykle ktoś zauważa, że w zamkniętym garażu albo mieszkaniu dzieje się coś nienormalnego. Substancje trujące działają na organizm gwałtownie, są torturą, poza tym jest coś takiego jak płukanie żołądka.
Mógłbym tak długo. Zmierzam do tego, że źle przeprowadzony plan ewakuacyjny może narobić mnóstwo szkód i uniemożliwić drugie podejście.
Może jednak lepiej nie zdjąć nogi z gazu i po prostu przejechać ten zakręt? Przyjąć inny plan - może lepiej wyjechać, zmienić twarz, zmienić nazwisko i zacząć od nowa...

*
Najdłuższa noc. Jeśli się zastanowić, to właśnie dzisiaj powinniśmy świętować zakończenie roku. Od jutra będzie przybywać dnia. Od jutra łatwiej uwierzyć, że może będzie lepiej.

*

Może masz konto na twitterze, facebooku, naszej klasie i google+. Umiesz tańczyć i pływać. Słuchasz RMF albo Zetki. Zawsze kogoś masz, a jeśli nie wychodzi - co z tego, pełno ryb w morzu, prawda? Prawie bez przerwy na oddech wyławiasz następną zdobycz. Może na kilka tygodni, miesięcy, albo nawet parę lat. W życiorysie ukończone studia na dwóch kierunkach. Sylwester w Zakopanem, wakacje nad morzem, ferie na nartach. Trzy razy w tygodniu siłownia, zimą solarium. Kredyt hipoteczny i własne trzydzieści metrów kwadratowych. W kieszeni klucze do służbowego opla z ekonomicznym dieslem. Marzysz o nowym audi A8. Nie chodzisz do wyborów, bo "to przecież tylko jeden głos". Tutaj zaglądasz, żeby upewnić się, że Twój sposób na życie jest lepszy od mojego.
Wiesz co? Jeśli masz psa wziętego ze schroniska, mimo wszystko mogę Cię trochę polubić.

*

Może jesteś już na tym etapie, kiedy nie chcesz myśleć o kolejnych urodzinach, Bożym Narodzeniu ani Sylwestrze. Te rocznice tylko przypominają, że jesteś o kolejny rok bliżej trumny, a wymyślana wieczorami książka wciąż nie jest napisana, ten jeden doskonały obraz wciąż nie namalowany, ta najlepsza melodia wciąż nie nagrana, poruszający wiersz nadal nie napisany...
Od jutra każdego dnia będzie coraz więcej czasu, aby wreszcie się za to zabrać.

*

Może jesteś inwalidą. Może wskutek wypadku, choroby, a może od urodzenia. Może już nie zwracasz uwagi na dzieci mówiące coś w stylu "Mamo! A ten pan/ta pani nie ma ręki/nogi!"
Na pewno wciąż widzisz to spojrzenie, jakim obrzucają cię ludzie z kompletem kończyn.
Ciekawe, czy jeszcze oceniasz ich po tym, czy najpierw patrzą na to, co czyni Cię niepełnosprawnym, czy na to, co jest zwyczajne? Czy wciąż najbardziej punktują u Ciebie ci, którzy w ogóle zdają się nie zauważać kalectwa?
Czy już znasz tę lekcję, z której wynika, że właśnie ci ostatni najbardziej Cię zranią? Może już rozumiesz, że oni widzą herosa, za nic mającego przeciwności losu, pełnego energii, ambicji, inspirującego hartem ducha; podczas gdy Ty w nich widzisz osoby wznoszące się ponad przeciętność, mądre i doskonale Cię rozumiejące. Idealizujecie się nawzajem. Może nawet dotarło do Ciebie, że i Ty, i oni jesteście tylko ludźmi i wcześniej czy później rozczarujecie się sobą.
A może rzeczywiście jesteś inspirującym innych herosem? Uśmiech, silna wolna, ambicja, życzliwość - może masz to wszystko. Może znasz własne ograniczenia, i robisz wszystko, aby je pokonać. Skąd mogę wiedzieć.
Ale gdybym miał obstawiać, powiedziałbym, że kiedy nikt nie patrzy, nikt nie słyszy - pojawia się Twój najbliższy towarzysz. Trzymasz go w ciemnym pokoju, bo gdyby pojawił się w świetle dnia, mógłby przerazić każdego, kto by go ujrzał, nawet Ciebie. Siedzi w ciemności, może nawet udało Ci się go okiełznać... ale zawsze jest gdzieś blisko.
Nazywa się Gniew.
Kiedy wszyscy inni Cię zawiodą, na niego zawsze możesz liczyć.

*

Przypuszczam, że zaglądasz tutaj w tej chwili, bo spędzasz tę noc samotnie. Może właśnie tej nocy najlepsze, na co możesz liczyć, to że gdzieś tam, między północą a trzecią nad ranem, ktoś siedzi przy biurku, z twarzą oświetloną blaskiem monitora, pali papierosa i myśli o Tobie.

*

Nie wiem, kim jesteś, ani dlaczego tutaj zaglądasz.
Zapewne snując moje pijackie spekulacje nie trafiłem ani razu. Ale to nieistotne.

Mam tylko nadzieję, że za rok o tej porze znowu spotkamy się w tym samym miejscu.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wbrew pozorom, będzie o muzyce

Podobno nie zapomina się pierwszego razu.

Możliwe, że to prawda. Mam nadzieję, że jednak nie.

Pierwszy dzień szkoły był przerażający. Pierwszy pocałunek był niezdarny, smakował podłym jabolem i popielniczką. Pierwszą bańką wódki się zakrztusiłem i mało nie porzygałem. Pierwszy papieros przyprawił mnie o mdłości i ból głowy. Kiedy pierwszy raz samodzielnie prowadziłem samochód, o mało nie rozwaliłem go o słupek bramy, a potem jechałem zygzakiem, cały czas przesadzając z korektą kierunku jazdy. Pierwsza randka była symfonią niezręczności i robienia z siebie idioty. Podczas pierwszego seksu byłem tak pijany, że niewiele pamiętam - nie licząc tego, że pod nieumiejętnie założoną prezerwatywę dostały się włosy łonowe i każdy ruch był tak bolesny, że zapamiętałem to mimo alkoholowego znieczulenia.

Były lepsze: pierwsza porządna pizza, którą zjadłem w nowootwartej wówczas pizzerii niedaleko krakowskiego Rynku. Pierwszy kontrolowany poślizg w tylnonapędowym aucie, na błotnistej drodze. Pierwszy łyk Jacka Danielsa. Pierwsze zetknięcia z muzyką, które okazały się miłością od pierwszego usłyszenia - miłością, która nie umiera, nie rani i ułatwia przetrwanie tak koło trzeciej nad ranem. Pierwsze takty, po których wiedziałem: chcę więcej tej muzyki.

Pink Floyd byli ze mną od zawsze. Jeszcze nie umiałem chodzić, gdy mój ojciec puszczał na pełny regulator przywiezionego ze Szwecji zestawu hi-fi "Dark Side of the Moon". Moi pierwsi Floydzi:





Potem pojawił się pop. Cóż, miałem wtedy ledwie dwa czy trzy lata...

Pierwsza Tina Turner:





Pierwszy Jackson:





Pierwsze Fleetwood Mac:





Pierwsze Queen:





Jakoś od tej pory zacząłem się uczyć angielskiego. Po to, żeby zrozumieć teksty...

Pierwsze Dire Straits:





Pierwszy Alice Cooper:





Pierwszy Ozzy:





Pierwszy Van Halen:





Wtedy uczono mnie już niemieckiego (tak, uczono. Ja robiłem co mogłem, żeby się nie uczyć). Ale skoro coś tam już rozumiałem, okazało się, że potrafię słuchać piosenek po niemiecku. Tak przy okazji, akurat wtedy Niemcy robili niezłe teledyski.

Pierwsze Oomph:




Oczywiście, Niemcy nie gęsi i też angielski znają.
Pierwsza Avantasia:





Mógłbym tak jeszcze długo, ale... Na przykład, pierwszy Edguy (a konkretnie Navigator) nie pojawia się, bo już jest Avantasia. Niektórych, niestety nie pamiętam, jak pierwszych Led Zep, Deep Purple, Stonesów, Genesis, Petera Gabriela i wielu, wielu innych... Po prostu nie jestem pewien co usłyszałem pierwsze z różnych repertuarów, choć w muzyce i tak się zakochałem. Były też falstarty - pierwszy Judas Priest to "Turbo Lover", który zniechęcił mnie do grupy, aż usłyszałem płytę "Demolition" z Ripperem Owensem i przez długi czas nie potrafiłem sie od niej oderwać. Dzięki temu polubiłem w końcu Judasów. Z Iron Maiden było podobnie, pierwszy był "Trooper", ale potem usłyszałem jakiś niewypał z Blaze'm i nie wróciłem do Maidenów, aż wydali "Brave New World", dzięki któremu zostałem fanem grupy.

Czemu w ogóle piszę tę wyliczankę?
Raz, dzięki wyciągnięciu jej z głowy i przybiciu klawiaturą do ekranu, widzę, że liczba wartych zapamiętania pierwszych razów przeważa nad tymi, które wolałbym zapomnieć. To czyni te ostatnie łatwiejszymi do zniesienia.
Dwa, uświadomiłem sobie, że ta lista wydłuża się i wciąż będzie rosnąć, dopóki nie ogłuchnę, albo nie umrę.

Niemniej, jeśli wziąć pod uwagę, że nawet kiedy nie pamiętam pierwszego razu, to potrafię się cieszyć jakąś muzyką...

Pierwsze razy są przereklamowane. Może kiedyś uda się wymazać je z pamięci.

czwartek, 11 grudnia 2014

Kilka nagłówków

Kilka nagłówków, między 10:00 a 11:00.
Pierwszy z wprost.pl, reszta z tvn24.pl


- Fatalna pomyłka. Filmy pornograficzne trafiły…do dzieci
Ile dzieci zmarło? Ile zostało okaleczonych? Ile straciło rodziców? Ile popadło w obłęd..? Sugeruję zajrzeć do słownika i sprawdzić, co znaczy "fatalny".

- U ojca dyrektora na urodzinach
Są goście i jest rodzina, wuj Michał jest za magika, szwagierka walczyka fika...

- Jaki samolot kupić dla polskich władz? MON chce niedużych maszyn, ale są i inne opinie
Owszem, są. Na przykład moja - kiedyś miałem okazje przelecieć się An-2. Uważam, że jest to właśnie taka maszyna, na jaką zasługują polskie władze.

- Zimowe opony całoroczne?
 Tylko w warszawskiej policji
Szczerze mówiąc, to jedyny sposób, aby zima nie zaskoczyła policjantów (bo drogowców i zwykłych kierowców zaskakuje co roku).

- Przez drut kolczasty do sytego świata. "Hiszpania broni swoich granic"
Powiedzcie jakiemuś Niemcowi, Anglikowi, albo Francuzowi, że Hiszpania to "syty świat". I mierzcie czas, po jakim przestanie się śmiać.

- Rosjanie nigdy nie odnosili się do USA tak źle. Unii też nie lubią
Czyli w 1983, kiedy tylko dzięki niesubrodynacji pułkownika Stanisława Pietrowa Rosjanie nie rozpętali wojny nuklearnej, odnosili się do USA lepiej?

- "Byłem wstrząśnięty tym, że torturowano u nas więźniów'
"A jeszcze bardziej tym, że nie dostałem swojej działki z tych dolarowych walizek, przywiezionych przez CIA... W każdym razie, Ja jestem niewinny. Wszystko to wina Millera". Przy okazji - szacun dla redaktora, który nie widzi różnicy między apostrofem a cudzysłowem.

- Czy biskupi powinni popierać marsz organizowany przez partię?
To bardzo skomplikowana sprawa. Wymaga solidnego rozważenia. Przeanalizowania wszystkich dostępnych informacji o Kościele, konkordacie, Konstytucji RP i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
Odpowiedź będzie długa i wyczerpująca. Oto ona:
A co to, kurwa, za różnica?

- Irlandczycy nie chcą płacić za wodę
I Polacy. I Rosjanie. I Niemcy. I Czesi, Słowacy, Francuzi, Amerykanie, Kanadyjczycy, Szwedzi, Eskimosi, Zulusi, Tybetańczycy...

- 9 na 10 zakładów nielegalnych
Założę się, że ta statystyka nie jest wiarygodna.

- USA chwalą się laserem bojowym. Sterowanie jak konsolą do gier
Tja... Szkoda, że na współczesnych konsolach w zasadzie nie ma już cheatów - pomogłyby w walce z terrorystami i Państwem Islamskim... Może lepiej sterować laserem jak pecetem - na pececie od czasów 386 łupanego można było wpisać IDDQD.

- Salwy armatnie w Monako. Księżna urodziła bliźnięta
Czy naprawdę tylko ja mam wrażenie, że kobiety w rodach królewskich są zarówno przez te rodziny jak i media traktowane jak wielkie, ubrane w drogie ciuchy, pozbawione umysłu i inteligencji macice?

- Putin już dostał, teraz Castro. "Chiński pokojowy Nobel" dla Kubańczyka
Jak widać, "Chiński pokojowy Nobel" ma dokładnie taką samą wartość, co ten szwedzki.

Jak zwykle, nie kilknąłem na żadnym z powyższych. Czego i Wam życzę.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jak mnie zniechęcić, część trzecia

Hipotetyczny Autorze, przypomniałem sobie jeszcze jeden sposób, aby mnie zniechęcić.

Niech główny bohater ma amnezję. Nie prawdziwy zanik pamięci, taki skonsultowany z neurologiem i psychologiem, ale telenowelowy full wypas - jak Jason fuckin' Bourne. Gwarantuję, że natychmiast odłożę książkę, a jej tytuł i Twoje nazwisko zapomnę.

Zaraz... A może w poprzednich dwóch wpisach na ten temat już wymieniłem amnezję?
Będę musiał sprawdzić.
Jeśli nie zapomnę.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

An unceasing wind that blows through this night

To jeden z tych dni, kiedy stare powiedzenie o światełku na końcu tunelu nabiera lodowatego sensu. W tunelu jest zimno i ciemno, do czego już dawno udało się przywyknąć. Jednak naprawdę przerażające jest coś innego: to tunel, więc nie da się nigdzie skręcić. Nie można uskoczyć w bok, nie da się wykonać szybkiego uniku, nie można zmienić narzuconego kursu. Ten konkretny tunel ma dodatkowe ograniczenie - nie wolno zawrócić, bo czas płynie tylko w jedną stronę...
Światełko na końcu tunelu? To oczywiście nadjeżdżający pociąg.

*

To jeden z tych dni, kiedy ściany jakby się zbliżyły, a sufit znalazł się niżej.

*

To jeden z tych dni, kiedy rano wydawało się, że stoi się twardo na dnie i jedyny możliwy kierunek wiedzie w górę. Wieczorem okazuje się, że dno jest warstwą ohydnego mułu, w którym stopy zapadają się coraz głębiej...
Płuca zdają się implodować. Możliwość wciągnięcia ostatniego wdechu jest coraz bardziej kusząca.

*

To jeden z tych dni, kiedy okazuje się, że nie ma wsparcia, na które się liczyło.
Co jest za plecami? Tylko ściana z chropowatych cegieł.

*

To jeden z tych dni, kiedy znowu trzeba zacząć odliczanie godzin od zera.

*

To jeden z tych dni, kiedy noszona bezustannie maska staje się zbyt ciężka. Zaczyna opadać, jak ostrze gilotyny.

*

To jeden z tych dni, kiedy palce tańczą na klawiszach szybko i tak długo, że opuszki niemal zaczynają krwawić... a i tak nie wychodzi spod nich nic sensownego.
To jeden z tych dni, kiedy upewnia się w przekonaniu, że jedynym wrodzonym talentem jest ten, dzięki któremu nawet będąc narąbanym jak messerschmitt, udaje się pisać w miarę gramatycznie, ograniczając ortografy i literówki do minimum.

*

To jeden z tych dni, kiedy bliska osoba mówi "Pomodlę się za ciebie", i z najwyższym trudem dławi się odpowiedź: "Szkoda marnować na mnie dobrą modlitwę".

*

To jeden z tych dni, kiedy kolejne złudzenie rozpływa się w kwaśnym deszczu bezradności i spływa do rynsztoka. Zostaje po nim tylko tęczowa kałuża na bruku - nawet całkiem ładna, jeśli się zastanowić.

*

To jeden z tych dni, kiedy trzeba sobie przypomnieć, że skoro nie da się zmienić kursu, to nie można się martwić słusznością podjętych decyzji. Skoro za plecami jest tylko ściana - to przynajmniej nikt nie wbije w nie noża. Jeśli pod stopami jednak nie czuć dna, to znaczy, że wciąż może być gorzej. Jeśli balast rozpuścił się w kwasie - teraz może będzie trochę lżej w dalszej drodze.
Maska jeszcze nie opadła. Można ją przybić solidnymi ćwiekami i na kilka kolejnych lat zostanie na miejscu. To poboli tylko przez chwilę.
Wyzerowany licznik jest czymś, z czym można sobie poradzić.
Krew z klawiszy można zmyć, a palce zabandażować.
Wtorki zwykle są lepsze od poniedziałków.

*

Mówiąc krótko: potrzebuję dużej pizzy pepperoni, butelki Jim Beama, paczki Pall Malli oraz rudowłosej prostytutki.

Tyle, że rzuciłem palenie i nie chcę znowu przytyć. Z czterech leków na całe zło zostały dwa.

See ya next week. In the meantime have some Floyd.