Jest tyle smakowitych tematów, na które mógłbym się teraz wypowiedzieć - Katyń, Smoleńsk, wolne miejsca dla nieboszczyków na Wawelu, czarne skrzynki, kampania prezydencka, wybuchy wulkanów... Zatem w dzisiejszej pogadance biorę na celownik "Avatara". Tak, nie pomyliłem się - obejrzałem cudowne dziecko Camerona i nie zamierzam na ten temat milczeć.
Dlaczego ani słowa o tematach smakowitych? No cóż, moje opinie kształtuję na podstawie całkowitego braku wiedzy, kompetencji i doświadczenia. Kiepskie wyjaśnienie? Przecież wielu publicystów nie pozwala, aby takie drobiazgi powstrzymały ich przed wygłaszaniem swoich opinii, prawda? No dobrze, to nie jedyny powód. Drugi jest ważniejszy: jestem tchórzem.
Brakuje mi jaj, aby publikować swoje szczere opinie. Niby mam do tego prawo, niby jest wolność słowa. Poza tym popularność tej konkretnej strony w sieci jest śmiesznie niska, do tego jestem bezpiecznie anonimowy. A ja i tak się boję. Wierzcie mi, jest czego. Już widzę, te procesy: o brak złożonego oświadczenia lustracyjnego, zniesławienia, naruszenie dóbr osobistych, nawoływanie do nienawiści, obrazę stanu i być może o zdradę tajemnicy państwowej. A czemu nie? W tym kraju wszystko jest możliwe. Żadnego z tych procesów bym nie wygrał - nie stać mnie na adwokatów, a już przekonałem się, że jeśli idziesz do sądu, znasz prawo (a przynajmniej ten jego kawałek, który dotyczy tego konkretnego postępowania), jesteś absolutnie uczciwy, ale nie ma kasy na najmimordę, to przegrywa się z marszu.
Z bezpiecznych tematów pozostał mi tylko wulkan. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, w charakterze komentarza: przez kilka dni niebo nie było poharatane smugami kondensacyjnymi, a silniki czekających w kolejce do lądowania samolotów nie buczały na mnie z nieba. Koniec komentarza.
No dobrze, do "Avatara" wrócę następnym razem. Powiedzmy, za tydzień. Może będzie to początek regularnych wpisów na tej stronie, kto wie?
czwartek, 29 kwietnia 2010
środa, 7 kwietnia 2010
Horror
Bywa tak, że pałętam się po forach internetowych. Nie, nie powiem, pod jakimi nickami, gwarantuję tylko, że nigdzie nie znajdziecie posta podpisanego Kaspar Grauen - a jeśli jednak znajdziecie, to znaczy, że jakiś buc z nudów się podszywa. Jeśli z jakiegoś powodu nagle zapragniecie zamienić ze mną kilka słów, jest tylko jedna droga: email, który zresztą mogę bez wahania zignorować. Ale odbiegam od tematu.
Tym razem bezgłośnie przyglądałem się książkowym dyskusjom - a konkretnie, o tytułach z półki oznaczonej "literatura grozy", a dla ludzi nie trawiących zbyt wielu sylab: "horror".
Przekonałem się, że niezależnie, czy klikam temat o książce Kinga, czy kogoś o kim w życiu nie słyszałem, a nawet o polskich tekstach - prędzej czy później pada argument "nie jest straszna". Znaczy, to nie horror.
Moje pytanie: i co, kurwa, z tego?
Bo to jest tak, że ostatni raz poczułem coś na kształt napięcia przy czytaniu książki, gdy miałem jakieś trzynaście lat i zatopiłem się w "Lśnieniu" Kinga. Nigdy więcej żadna książka nie wywarła na mnie podobnego wrażenia. Notabene, z filmami sprawa wygląda podobnie. Zatem, jeśli wyznacznikiem dla metki, jest to, czy utwór mnie przestraszył, coś takiego jak horror w ogóle dla mnie nie istnieje. Wyciskacz łez tak samo - nie płakałem na Bambi, nie płakałem na WallE'm. Zatem moje słownictwo zawiera w sobie określenia, których na dobrą sprawę nie powinienem nawet używać.
No dobrze, horror dla mnie istnieje: na przykład, gdy muszę załatwić coś w skarbówce, zawsze przez mój zaciśnięty żołądek przetacza się fala zwierzęcego przerażenia; gdy dostaję list polecony, czuję, że w każdej chwili grozi mi biegunka; gdy widzę w lusterku durnego buraka w ospojlerowanym BMW, przymierzającego się do wyprzedzenia mnie na zakręcie, pod górkę, na podwójnej ciągłej - wtedy boję się jak cholera. A najlepsze jest to, że dostaję to wszystko od naszego kochanego świata/kraju/społeczeństwa (niepotrzebne skreślić) całkowicie za darmo. Nie muszę wykładać trzech do pięciu dych, żeby postawić potem na półce coś, co tylko gromadzi kurz.
A jednak, gdy czytam odpowiednią książkę, albo oglądam właściwy rodzaj filmu, nie waham się przed zaszufladkowaniem go jako horror.
Przede wszystkim, uważam, że definicją horroru jest to, że bohater musi stawić czoła nadnaturalnej sile, że akcja ma miejsce w realistycznym świecie, w którym rzeczona siła jest czymś, w co nikt, z kim rozmawia bohater, nie chce uwierzyć. Autor musi możliwie sugestywnie poradzić sobie z wprowadzeniem atmosfery zagrożenia - odbiorca musi wiedzieć, że coś paranormalnego może zrobić krzywdę bohaterowi, jednocześnie miło jest, gdy bohater jest na tyle sensownie skonstruowany, żeby życzyć mu powodzenia, a nie bolesnej agonii. To najprostsza definicja, ma się do problemu tak, jak stwierdzenie, że samochodem jest to, co ma cztery koła, kierownicę i silnik. Niemniej, nie ma w niej ani słowa o tym, że zadaniem autora jest przestraszyć mnie, czytelnika.
Krótko mówiąc, "Christine" jest horrorem i tyle. Nikt, z żadnego forum, nie przekona mnie, że jest inaczej.
Swoją drogą, skoro już o tym mowa, oto fragment filmu, który na pewno mnie przestraszył - znaczy, był horrorem:
Inna rzecz, że po latach utwór TSA, który kiedyś mnie przerażał, teraz zwyczajnie mi sie podoba.
Tym razem bezgłośnie przyglądałem się książkowym dyskusjom - a konkretnie, o tytułach z półki oznaczonej "literatura grozy", a dla ludzi nie trawiących zbyt wielu sylab: "horror".
Przekonałem się, że niezależnie, czy klikam temat o książce Kinga, czy kogoś o kim w życiu nie słyszałem, a nawet o polskich tekstach - prędzej czy później pada argument "nie jest straszna". Znaczy, to nie horror.
Moje pytanie: i co, kurwa, z tego?
Bo to jest tak, że ostatni raz poczułem coś na kształt napięcia przy czytaniu książki, gdy miałem jakieś trzynaście lat i zatopiłem się w "Lśnieniu" Kinga. Nigdy więcej żadna książka nie wywarła na mnie podobnego wrażenia. Notabene, z filmami sprawa wygląda podobnie. Zatem, jeśli wyznacznikiem dla metki, jest to, czy utwór mnie przestraszył, coś takiego jak horror w ogóle dla mnie nie istnieje. Wyciskacz łez tak samo - nie płakałem na Bambi, nie płakałem na WallE'm. Zatem moje słownictwo zawiera w sobie określenia, których na dobrą sprawę nie powinienem nawet używać.
No dobrze, horror dla mnie istnieje: na przykład, gdy muszę załatwić coś w skarbówce, zawsze przez mój zaciśnięty żołądek przetacza się fala zwierzęcego przerażenia; gdy dostaję list polecony, czuję, że w każdej chwili grozi mi biegunka; gdy widzę w lusterku durnego buraka w ospojlerowanym BMW, przymierzającego się do wyprzedzenia mnie na zakręcie, pod górkę, na podwójnej ciągłej - wtedy boję się jak cholera. A najlepsze jest to, że dostaję to wszystko od naszego kochanego świata/kraju/społeczeństwa (niepotrzebne skreślić) całkowicie za darmo. Nie muszę wykładać trzech do pięciu dych, żeby postawić potem na półce coś, co tylko gromadzi kurz.
A jednak, gdy czytam odpowiednią książkę, albo oglądam właściwy rodzaj filmu, nie waham się przed zaszufladkowaniem go jako horror.
Przede wszystkim, uważam, że definicją horroru jest to, że bohater musi stawić czoła nadnaturalnej sile, że akcja ma miejsce w realistycznym świecie, w którym rzeczona siła jest czymś, w co nikt, z kim rozmawia bohater, nie chce uwierzyć. Autor musi możliwie sugestywnie poradzić sobie z wprowadzeniem atmosfery zagrożenia - odbiorca musi wiedzieć, że coś paranormalnego może zrobić krzywdę bohaterowi, jednocześnie miło jest, gdy bohater jest na tyle sensownie skonstruowany, żeby życzyć mu powodzenia, a nie bolesnej agonii. To najprostsza definicja, ma się do problemu tak, jak stwierdzenie, że samochodem jest to, co ma cztery koła, kierownicę i silnik. Niemniej, nie ma w niej ani słowa o tym, że zadaniem autora jest przestraszyć mnie, czytelnika.
Krótko mówiąc, "Christine" jest horrorem i tyle. Nikt, z żadnego forum, nie przekona mnie, że jest inaczej.
Swoją drogą, skoro już o tym mowa, oto fragment filmu, który na pewno mnie przestraszył - znaczy, był horrorem:
Inna rzecz, że po latach utwór TSA, który kiedyś mnie przerażał, teraz zwyczajnie mi sie podoba.
czwartek, 25 marca 2010
Odtrutka
Krótko mówiąc, dzięki przedpotopowej inicjatywie Dio, odtrułem się z chodzącej za mną piosenki z Labiryntu. Nie wiem, ile głodujacych dzieci nakarmiono dzięki temu utworowi, ale przynajmniej dla mnie pomysł okazał się zbawienny w skutkach. Swoją drogą, recenzja Labiryntu na Filmwebie wciąż czeka w kolejce do weryfikacji... A ja mam już napisane następne: "Fear and loathing in Las Vegas", "Puppet Masters", do tego piszę o nieśmiertelnym klasyku (czyli o czymś, czego poza mną najwyraźniej nikt nie zna), czyli "Moontrap". Ciekawe, kiedy teksty zobaczą światło dzienne.
wtorek, 16 marca 2010
czwartek, 18 lutego 2010
Potomkowie koniokradów
OK, jak śpiewał Soyka: życie nie tylko po to jest, by brać. Zatem pora dać coś od siebie, czymś się podzielić... Zdecydowałem podzielić się moją znajomością języka "ostrzyc frajera" - często mylnie branego za polski, zazwyczaj wykorzystywanego przez sprzedawców używanych samochodów. Niżej kilka przykładów (wszystkie pochodzą z moich własnych doświadczeń), w formie cytatów z ogłoszeń motoryzacyjnych i adekwatnego tłumaczenia, opracowanego po osobistym kontakcie ze sprzedawanym wehikułem.
"Okazja" (opcjonalnie z mnóstwem wykrzykników) - normalna cena, ale może uda się wmówić frajerowi, że inne są droższe. Przy okazji - jak coraz więcej osób, jestem zdania, że wielokrotne wykrzykniki są oznaką ciężkich chorób psychicznych.
"Nie wymaga wkładu finansowego" - ... przecież malowanie całej stłuczonej gradem karoserii i wspawanie nowego progu, w miejsce tego przegnitego, jest czystym kaprysem kupca, mającego małomiasteczkowe maniery.
"Technicznie w stanie bardzo dobrym" - przecież benzynowy silnik może klekotać jak diesel, a chmura dymu z wydechu znaczy, że paliwo jest dobrze spalane.
"Idealny dla kobiety" - ma automatyczną skrzynię biegów. (Rozsądek podpowiada, że w takim razie wozy typu Landcruiser, czy Buick Riviera z 1972 są babskimi autkami.) Prawdziwi faceci wolą co chwila ściskać sztywny drążek i przesuwać go w górę i w dół... w górę... i w dół... w górę i w dół... w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół... Aaaachhhh.... Tak jest, prawdziwi mężczyźni wiedzą, co lepsze.
"Nic nie stuka i nie puka" - kiedy samochód stoi ze zgaszonym silnikiem.
"Nieuszkodzony" - tak jest, panie, tylko skrzynia nie wrzuca wstecznego i szarpie przy zmianie z trójki na czwórkę.
"Jeden właściciel" - auto zarejestrowane na jedną osobę przez dłuższy czas. Osiemnastoletni syn tej osoby, ze świeżo zrobionym prawkiem, czyli chłopak, któremu wydaje się, że jest lepszy od Kuzaja i Kubicy, przecież się nie liczy.
"Full wypas" - dwie z czterech szyb podnoszą się z trudem, szyberdach przecieka, klimatyzacja rozszczelniona, radio wyrwane z deski rozdzielczej. Skórzana tapicerka? Panie, przecież welur jest lepszy od skóry...
"Ekonomiczny" - w bagażniku tkwi stukilowy bagaż w postaci instalacji gazowej, bez homologacji i nie wbitej w dowód rejestracyjny.
"Oryginalny przebieg" - BUAHAHAHAHAHA!
"Bezwypadkowy" - w odpowiednim oświetleniu z właściwej odległości.
"Nie ma rdzy" - nie licząc mało istotnych elementów, jak podłużnice, ale ich przecież nie widać na co dzień.
"Regularnie serwisowany" - co rok albo dwa, ktoś wymieniał olej i czyścił filtr powietrza.
"Raty" - jak już udowodnisz, że wcale ich nie potrzebujesz.
Możnaby jeszcze długo, ale szybko przejdę do następnego punktu: Jak nie zrazić do siebie sprzedawcy, który robi łaskę kupującemu, że wystawia auto na sprzedaż. Nie chcemy przecież, żeby ktoś pomyślał, że mamy go za drobnego cwaniaczka, potomka koniokrada. Zatem tak należy okazać zaufanie i szacunek:
- nie pytać o VIN.
- nie kucać obok auta i przyglądać się, czy karoseria jest prosta.
- nawet nie wspominać o jeździe próbnej.
- nie pytać o rdzę.
- nie zahaczać o temat historii serwisowania, rachunków za przeglądy, całej tej nudnej papierkowej roboty, którą z jakiś przyczyn ludzie na zachodzie trzymają z myślą o odsprzedaży auta.
- pod żadnym pozorem nie mieć przy sobie miernika grubości lakieru; faceci w komisach wyczuwają je węchem.
- w miarę możliwości nie uruchamiać silnika.
- sprawdzanie działania automatycznej skrzyni biegów jest tabu. A jeśli wspomnisz, że to P służy do parkowania, a nie N albo D, lepiej żebys miał na nogach dobre buty do biegania i przygotowaną zawczasu trasę ucieczki.
Mam nadzieję, że pamiętanie o prawdziwym znaczeniu ogłoszeniowych sformułowań i stosowanie się do powyższych rad ułatwi wszystkim życie, sprawi, że klienci i sprzedawcy będą uśmiechnięci i nieskorzy do kłótni, a przy okazji nakręci się koniunktura na rynku samochodów używanych - co w każdej gospodarce jest zjawiskiem dobrym i pożądanym.
"Okazja" (opcjonalnie z mnóstwem wykrzykników) - normalna cena, ale może uda się wmówić frajerowi, że inne są droższe. Przy okazji - jak coraz więcej osób, jestem zdania, że wielokrotne wykrzykniki są oznaką ciężkich chorób psychicznych.
"Nie wymaga wkładu finansowego" - ... przecież malowanie całej stłuczonej gradem karoserii i wspawanie nowego progu, w miejsce tego przegnitego, jest czystym kaprysem kupca, mającego małomiasteczkowe maniery.
"Technicznie w stanie bardzo dobrym" - przecież benzynowy silnik może klekotać jak diesel, a chmura dymu z wydechu znaczy, że paliwo jest dobrze spalane.
"Idealny dla kobiety" - ma automatyczną skrzynię biegów. (Rozsądek podpowiada, że w takim razie wozy typu Landcruiser, czy Buick Riviera z 1972 są babskimi autkami.) Prawdziwi faceci wolą co chwila ściskać sztywny drążek i przesuwać go w górę i w dół... w górę... i w dół... w górę i w dół... w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół... Aaaachhhh.... Tak jest, prawdziwi mężczyźni wiedzą, co lepsze.
"Nic nie stuka i nie puka" - kiedy samochód stoi ze zgaszonym silnikiem.
"Nieuszkodzony" - tak jest, panie, tylko skrzynia nie wrzuca wstecznego i szarpie przy zmianie z trójki na czwórkę.
"Jeden właściciel" - auto zarejestrowane na jedną osobę przez dłuższy czas. Osiemnastoletni syn tej osoby, ze świeżo zrobionym prawkiem, czyli chłopak, któremu wydaje się, że jest lepszy od Kuzaja i Kubicy, przecież się nie liczy.
"Full wypas" - dwie z czterech szyb podnoszą się z trudem, szyberdach przecieka, klimatyzacja rozszczelniona, radio wyrwane z deski rozdzielczej. Skórzana tapicerka? Panie, przecież welur jest lepszy od skóry...
"Ekonomiczny" - w bagażniku tkwi stukilowy bagaż w postaci instalacji gazowej, bez homologacji i nie wbitej w dowód rejestracyjny.
"Oryginalny przebieg" - BUAHAHAHAHAHA!
"Bezwypadkowy" - w odpowiednim oświetleniu z właściwej odległości.
"Nie ma rdzy" - nie licząc mało istotnych elementów, jak podłużnice, ale ich przecież nie widać na co dzień.
"Regularnie serwisowany" - co rok albo dwa, ktoś wymieniał olej i czyścił filtr powietrza.
"Raty" - jak już udowodnisz, że wcale ich nie potrzebujesz.
Możnaby jeszcze długo, ale szybko przejdę do następnego punktu: Jak nie zrazić do siebie sprzedawcy, który robi łaskę kupującemu, że wystawia auto na sprzedaż. Nie chcemy przecież, żeby ktoś pomyślał, że mamy go za drobnego cwaniaczka, potomka koniokrada. Zatem tak należy okazać zaufanie i szacunek:
- nie pytać o VIN.
- nie kucać obok auta i przyglądać się, czy karoseria jest prosta.
- nawet nie wspominać o jeździe próbnej.
- nie pytać o rdzę.
- nie zahaczać o temat historii serwisowania, rachunków za przeglądy, całej tej nudnej papierkowej roboty, którą z jakiś przyczyn ludzie na zachodzie trzymają z myślą o odsprzedaży auta.
- pod żadnym pozorem nie mieć przy sobie miernika grubości lakieru; faceci w komisach wyczuwają je węchem.
- w miarę możliwości nie uruchamiać silnika.
- sprawdzanie działania automatycznej skrzyni biegów jest tabu. A jeśli wspomnisz, że to P służy do parkowania, a nie N albo D, lepiej żebys miał na nogach dobre buty do biegania i przygotowaną zawczasu trasę ucieczki.
Mam nadzieję, że pamiętanie o prawdziwym znaczeniu ogłoszeniowych sformułowań i stosowanie się do powyższych rad ułatwi wszystkim życie, sprawi, że klienci i sprzedawcy będą uśmiechnięci i nieskorzy do kłótni, a przy okazji nakręci się koniunktura na rynku samochodów używanych - co w każdej gospodarce jest zjawiskiem dobrym i pożądanym.
niedziela, 14 lutego 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)