Natchniony nieustającą popularnością prezesa Kaczyńskiego postanowiłem Stworzyć Szukę.
Pomnik, ni mniej ni więcej.
Jednak zdumiewające jest, jak trudno dostać w banku kredyt na cel budowy dziesięciometrowego monumentu ku czci Jego Raz Już Upadłej I Przyszłej Wysokości. Wobec tego musiałem ograniczyć się do projektu.
Oto w pełni profesjonalny i perfekcyjnie poważny projekt pomnika*. W formie werbalnej, wobec braku umiejętności inżyniersko-artystyczno-rysunkowych.
Najpierw musimy zacząć od ukazania odbiorcom... mało, od ukazania CAŁEMU ŚWIATU, że wbrew nikczemnemu wzrostowi, prezes jest człowiekiem WIELKIM. Solidna, obeliskowa linia monumentu wskazuje to nad wyraz jasno, wzbijając się od pospolitej gleby ku pułapom dostępnym tylko dla ludzi niezwykłych, jak pan prezes.
Kolejnym krokiem będzie pokazanie, że wbrew wypracowanej na przestrzeni wielu lat opinii, prezes ma otwarty umysł, szerokie horyzonty, wielbi Wolność Słowa i ogólnie ogarnia cały świat w pełnej jego współczesnej złożoności. Uwidocznimy to poprzeczną linią w górnej części monumentu.
Nie wolno nam zapomnieć, że wspaniałość prezesa nie bierze się tak po prostu z powietrza. Nawet człowiek tak bliski doskonałości, jak to tylko możliwe na tym niedoskonałym padole łez musi mieć silne wsparcie w godzinach próby. W chwili powstawania tego Dzieła takim wsparciem jest pan Hofman. Kiedyś był to zdrajca Ziobro, zdrajca Kurski, może nawet zapomniany Cymański... Ale liczy się tu i teraz. W najgorszym wypadku, jeśli pan Hofman - choć młody i sporo może wytrzymać dla dobra Partii - również odejdzie w zapomnienie, wyjaśni się, że podporą prezesa jest akurat ktoś inny.
Wsparcie ze strony ludzkiej już wymieniliśmy, więc teraz kwestia o której nie wolno zapomnieć: wsparcie biorące się z Wyższej Instancji niż ludzka. Proponuję uwiecznić w pomniku Palec Boży, którym bez wątpienia jest tknięty pan prezes.
Pan Błaszczak! Zapomniałem o panu Błaszczaku! Proszę o wybaczenie. Umieścimy go na równi z panem Hofmanem, w charakterze podpór Wielkiego Człowieka.
Dobrze... Myślę, że warto podkreślić niewątpliwą wagę, jaką prezes ma na arenie narodowej, europejskiej i światowej. Osiągniemy to pogrubiając obelisk, aby nie pozostawić żadnych wątpliwości. Chcemy też przekazać, że prezes zapewni nam wszystkim bezpieczeństwo w tej skomplikowanej międzynarodowej sytuacji. Prezes ma być niczym parasol, mało tego, niczym tarcza, chroniąca nas przed agresją, złem i poganami. Jeśli uda się to jakoś subtelnie wtopić w planowany monument, będę naprawdę zadowolony. Spełniony jako Twórca i Patriota.
Tak jest. Surowe Piękno mego projektu mnie wzrusza. Uroniłem łzę i bynajmniej się tego nie wstydzę! Albowiem Prawdziwa Sztuka musi wywoływać prawdziwe emocje.
--------------------------
* Może jest jakaś nagroda za aliteracyjne combo?
wtorek, 23 września 2014
środa, 17 września 2014
Na wypadek, gdybyście jeszcze nie wiedzieli
Powiedzmy, że znajdujesz się w takiej sytuacji finansowej, że wydanie dwóch dych na bilet do kina może zdecydować o możliwości zjedzenia obiadu pod koniec miesiąca...
Albo powiedzmy, że żywisz zdrową niechęć do innych przedstawicieli gatunku ludzkiego i oglądanie filmów w pomieszczeniu wypełnionym ludźmi, ich oddechami, gazami, zarazkami i smrodem jest równie atrakcyjne, co uprawianie seksu z dziurą po sęku w desce...
Cóż czynić w takiej sytuacji? Jak oglądać filmy nie wychodząc z domu, za darmo i - co najdziwniejsze - legalnie?
Odpowiedź jest prosta:
www.kinopraha.pl
Tam, mniej więcej w prawym górnym rogu, można znaleźć czerwoną ikonkę, prowadzącą do Sali Kinowej na YouTube.
Na chwilę obecną jest już kilka filmów do wyboru, według obietnic co tydzień powinno ich przybywać.
Przedsięwzięcie jest słuszne i godne pochwały - ale przecież nie polecałbym Wam, wierni czytelnicy, nie sprawdzonego towaru. Nawet, jeśli ten towar nie wymaga wyjścia z domu ani uiszczenia opłaty.
Na razie obejrzałem jeden z dostępnych filmów. "Zamknij się i zastrzel mnie" - uroczą, czeską, czarną komedię*.
Kiedyś napisałem, że gdyby filmy były za darmo, z dostawą do domu w pasujące mi porze, nie miałbym powodu, aby się czepiać takich pierdół, jak fabuła, montaż, reżyseria, obsada, udźwiękowienie i tak dalej... Wobec tego, konsekwentnie nie zamierzam się czepiać CZEGOKOLWIEK w filmach oglądanych dzięki Sali Kinowej. Nie będzie recenzji - tylko ogólne wrażenia.
Przede wszystkim, film jest w całkiem sensownej jakości - miłe zaskoczenie, bo obawiałem się, że skoro nic za niego nie płacę, to będzie słaby dźwięk i gigantyczne piksele. Inna sprawa, że wytrzymałbym i to - dawno temu, kiedy jedynym źródłem filmów była wypożyczalnia video, oglądałem rzeczy na VHSach tak zjechanych, że "Terminator 2" wyglądał momentami jak wypadek w fabryce farby, a brzmiał jak rozmowa toczona przy kuchennym blenderze - moja tolerancja na słabą jakość wydaje mi się raczej wysoka.
Wracając do filmu... Mamy dwóch bohaterów - Czecha, Pavla Zemana, faceta imającego się najróżniejszych zajęć, żeby zarobić kilka groszy na zachcianki swojej żony Liby i Anglika, niejakiego Framptona, pucołowatego ciamajdę, który przyjechał do Pragi na urlop z żoną Maggie. Tak się składa, że Maggie ginie w dziwacznym wypadku, a sam Frampton wpada w depresję i chce ze sobą skończyć... Ale nie udaje mu się załatwić sprawy własnoręcznie, więc wpada na brzmiący znajomo*** pomysł - zapłaci komuś, żeby skończył jego męczarnie. Wybrańcem losu jest Zeman, który spotyka Framptona wykonując jedną z kilku swoich dorywczych prac.
Sęk w tym, że choć Zeman z radością położyłby łapcie na kilku tysiącach funtów szterlingów, to, co tu dużo mówić, nie jest urodzonym mordercą...
Kiedy pierwszy plan zakończenia życia Framptona nie wypala, a główny zainteresowany nadal domaga się wypełnienia kontraktu, zaczynają się kłopoty... A gdy później do tych kłopotów dołącza próba kradzieży walizki pełnej forsy, boss czeskiej mafii, jego dziwka, pozbywanie się zwłok, przypadkowy świadek...
No cóż - czeski film.
W "Zamknij się..." udała się pewna karkołomna sztuczka - Frampton jest na tyle irytujący, że od piętnastej minuty seansu też życzyłem mu śmierci, a jednocześnie dostatecznie sympatyczny, że w miarę rozwoju akcji można go trochę polubić.
Komu polecić ten film? Przede wszystkim osobom, które lubią odrobinę czarnego humoru i nie boją się śmiać z poważnych i ponurych tematów, jak depresja i skłonności samobójcze.
No i wszystkim, którzy tak jak ja chcą oglądać filmy za darmo, w domu, o dogodnej, wybranej przez siebie porze.
--------------------------
* Od razu przyznaję: nie jestem na bieżąco z filmami**. Wybierając film z repertuaru Sali Kinowej kierowałem się screenshotem i tytułem, nie mając pojęcia nawet jakiego gatunku się spodziewać. Z początku myślałem, że to film sensacyjny, potem, że obyczajowy/psychologiczny, a w końcu uznałem, że to komedia. Spróbujcie tej metody - nie ma takiej opcji, żeby film nie wywołał zaskoczenia.
** Z filmów jakie ostatnio w ogóle oglądałem wymienić można "Yojimbo" Kurosawy, "Best Seller" z Jamesem Woodsem i "Now you see me". Jak widać, nie są to nowości.
***Khem... "Trzy Kolory"... Ekhem...
Albo powiedzmy, że żywisz zdrową niechęć do innych przedstawicieli gatunku ludzkiego i oglądanie filmów w pomieszczeniu wypełnionym ludźmi, ich oddechami, gazami, zarazkami i smrodem jest równie atrakcyjne, co uprawianie seksu z dziurą po sęku w desce...
Cóż czynić w takiej sytuacji? Jak oglądać filmy nie wychodząc z domu, za darmo i - co najdziwniejsze - legalnie?
Odpowiedź jest prosta:
www.kinopraha.pl
Tam, mniej więcej w prawym górnym rogu, można znaleźć czerwoną ikonkę, prowadzącą do Sali Kinowej na YouTube.
Na chwilę obecną jest już kilka filmów do wyboru, według obietnic co tydzień powinno ich przybywać.
Przedsięwzięcie jest słuszne i godne pochwały - ale przecież nie polecałbym Wam, wierni czytelnicy, nie sprawdzonego towaru. Nawet, jeśli ten towar nie wymaga wyjścia z domu ani uiszczenia opłaty.
Na razie obejrzałem jeden z dostępnych filmów. "Zamknij się i zastrzel mnie" - uroczą, czeską, czarną komedię*.
Kiedyś napisałem, że gdyby filmy były za darmo, z dostawą do domu w pasujące mi porze, nie miałbym powodu, aby się czepiać takich pierdół, jak fabuła, montaż, reżyseria, obsada, udźwiękowienie i tak dalej... Wobec tego, konsekwentnie nie zamierzam się czepiać CZEGOKOLWIEK w filmach oglądanych dzięki Sali Kinowej. Nie będzie recenzji - tylko ogólne wrażenia.
Przede wszystkim, film jest w całkiem sensownej jakości - miłe zaskoczenie, bo obawiałem się, że skoro nic za niego nie płacę, to będzie słaby dźwięk i gigantyczne piksele. Inna sprawa, że wytrzymałbym i to - dawno temu, kiedy jedynym źródłem filmów była wypożyczalnia video, oglądałem rzeczy na VHSach tak zjechanych, że "Terminator 2" wyglądał momentami jak wypadek w fabryce farby, a brzmiał jak rozmowa toczona przy kuchennym blenderze - moja tolerancja na słabą jakość wydaje mi się raczej wysoka.
Wracając do filmu... Mamy dwóch bohaterów - Czecha, Pavla Zemana, faceta imającego się najróżniejszych zajęć, żeby zarobić kilka groszy na zachcianki swojej żony Liby i Anglika, niejakiego Framptona, pucołowatego ciamajdę, który przyjechał do Pragi na urlop z żoną Maggie. Tak się składa, że Maggie ginie w dziwacznym wypadku, a sam Frampton wpada w depresję i chce ze sobą skończyć... Ale nie udaje mu się załatwić sprawy własnoręcznie, więc wpada na brzmiący znajomo*** pomysł - zapłaci komuś, żeby skończył jego męczarnie. Wybrańcem losu jest Zeman, który spotyka Framptona wykonując jedną z kilku swoich dorywczych prac.
Sęk w tym, że choć Zeman z radością położyłby łapcie na kilku tysiącach funtów szterlingów, to, co tu dużo mówić, nie jest urodzonym mordercą...
Kiedy pierwszy plan zakończenia życia Framptona nie wypala, a główny zainteresowany nadal domaga się wypełnienia kontraktu, zaczynają się kłopoty... A gdy później do tych kłopotów dołącza próba kradzieży walizki pełnej forsy, boss czeskiej mafii, jego dziwka, pozbywanie się zwłok, przypadkowy świadek...
No cóż - czeski film.
W "Zamknij się..." udała się pewna karkołomna sztuczka - Frampton jest na tyle irytujący, że od piętnastej minuty seansu też życzyłem mu śmierci, a jednocześnie dostatecznie sympatyczny, że w miarę rozwoju akcji można go trochę polubić.
Komu polecić ten film? Przede wszystkim osobom, które lubią odrobinę czarnego humoru i nie boją się śmiać z poważnych i ponurych tematów, jak depresja i skłonności samobójcze.
No i wszystkim, którzy tak jak ja chcą oglądać filmy za darmo, w domu, o dogodnej, wybranej przez siebie porze.
--------------------------
* Od razu przyznaję: nie jestem na bieżąco z filmami**. Wybierając film z repertuaru Sali Kinowej kierowałem się screenshotem i tytułem, nie mając pojęcia nawet jakiego gatunku się spodziewać. Z początku myślałem, że to film sensacyjny, potem, że obyczajowy/psychologiczny, a w końcu uznałem, że to komedia. Spróbujcie tej metody - nie ma takiej opcji, żeby film nie wywołał zaskoczenia.
** Z filmów jakie ostatnio w ogóle oglądałem wymienić można "Yojimbo" Kurosawy, "Best Seller" z Jamesem Woodsem i "Now you see me". Jak widać, nie są to nowości.
***Khem... "Trzy Kolory"... Ekhem...
środa, 3 września 2014
The good Doctor
Kiedy BBC zreanimowało "Doctora Who" i dało mu twarz Ecclestona, udało im się wzbudzić moje zainteresowanie.
Dziewiąty Doktor był facetem, który robił to, co uważał za słuszne - ale niekoniecznie dobre dla rasy ludzkiej. Nie cieszył się z tego, co go spotykało. Patrząc na niego mogłem uwierzyć, że to postać, która ma kilkaset lat i sporo nieprzyjemnych rzeczy widziała.
Dziewiątka miał też paskudny gust jeśli chodzi o wybór towarzyszki. Nigdy nie pojąłem, jak scenarzyści mogli uznać, że żwawy ośmiosetlatek może zobaczyć cokolwiek interesującego w Rose Tailor (lub podobnie - nie chce mi się robić wikipediowego researchu, a naprawdę nie obchodzi mnie, jak ta durna baba się nazywała).
Potem pojawił się Tennant. Nie był zły, ale miałem wrażenie, że to wcielenie Doktora jest adresowane do nastoletnich dziewczyn, mających tendencję do podkochiwania się w młodym nauczycielu angielskiego. Podczas jego szychty pojawiło się kilka naprawdę fajnych odcinków - "Blink" wciąż pozostaje moim ulubionym. Może dlatego, że było w nim bardzo mało Doktora. Niezrozumiałe zauroczenie Rose trwało... Mimo, że tym razem towarzyszką Doktora została najbardziej fantastyczna kobieta, jaką można sobie wymarzyć. Martha Jones otrzymała piękną twarz Freemy Agyeman - co samo w sobie by mi już wystarczyło, ale na tym nie skończyły się jej zalety. Raz, była prawdziwym doktorem... no dobrze, lekarzem. Dwa, nie była typową głupiutką damą w opresji - Martha potrafiła sama sobie radzić z problemami, można było na niej polegać, potrafiła w pojedynkę powstrzymać inwazję kosmitów... Szczerze mówiąc, zasłużyła na własny, lepszy serial.
Kiedy na scenę wkroczył Matt Smith zbaraniałem. Chłopak jest młodszy ode mnie*, ma fatalną dykcję, a nagle odgrywa kilkuset letniego kosmitę. To mógłbym jeszcze wybaczyć, ale po kilku odcinkach przekonałem się, że Jedenasty Doktor zachowuje się jak gówniarz. Doktor Smitha sam był swoim największym fanboyem. Patrzenie na niego było żenujące. Target serialu zmienił się z nastoletnich dziewcząt na chłopców z wczesnych klas podstawówki. Do tego pojawił się nowy problem - stery ekipy scenarzystów przejął Moffat. I choć rzeczywiście, dawniej Moff potrafił napisać pojedyncze udane odcinki - jak choćby wspominany wcześniej "Blink" - to jako oberscenarzysta okazał się równie kompetentny, co Stalin jako opiekun podległego mu narodu. Ponowne wykorzystywanie starych pomysłów, wdupczanie w co się da Daleków i Łkających Aniołów...
Obejrzałem może z sześć odcinków, po czym przestałem.
Obiecałem sobie, że nigdy już nie będę tracić czasu na "Doctora Who".
A teraz złamałem obietnicę.
Wszystko przez Capaldiego.
W chwili, kiedy to piszę, mam za sobą dwa odcinki z nowym Doktorem. Może za wcześnie, żeby wydać jednoznaczną opinię, ale już wiem, że postaram się obejrzeć następne epizody. Dlaczego?
Nowy Doctor mówi wyraźniej. Znowu jestem w stanie go zrozumieć. Nie jest swoim własnym fanem numer jeden. Patrząc na niego znowu mogę dopuścić możliwość, że to kosmita, który przeżył setki lat. Już w pierwszym odcinku ustala, że nie jest chłopakiem swojej towarzyszki podróży - swoją drogą ładnej, ale nie dorastającej Marcie Jones do pięt - mało tego, zamiast wpatrywać się w siebie nawzajem maślanymi oczami, Doctor i obecna towarzyszka wymieniają złośliwości**. Jednak konflikt to podstawa, przynajmniej na ekranie. Kiedy bohaterowie się lubią, ale często kłócą, jest ciekawiej, niż gdy do siebie wzdychają jak zadurzeni nastolatkowie.
Poza tym ten Doctor jest chyba najmroczniejszy od czasu Ecclestona. I bardzo dobrze.
Nie wiem, czy nadchodzące odcinki będą dobre. Nie wiem, czy ogólny temat tej serii jest sensowny. Nie wiem, czy Moffat nie zmarnuje szansy, jaką "Doctor Who" dostał u mnie dzięki zmianie odtwórcy głównej roli.
Wiem jedno: Doctor znowu jest mężczyzną, a nie chłopcem.
------------------
* No dobrze, to kwestia miesięcy, ale chodzi o zasadę.
** Mój ulubiony dialog (z pamięci, a byłem nieco pijany, więc nie jest dosłownie):
Towarzyszka: Nie życzę sobie żadnych komentarzy o moich biodrach!
Doctor: Ależ masz wspaniałe biodra! Jesteś zbudowana jak prawdziwy mężczyzna.
Dziewiąty Doktor był facetem, który robił to, co uważał za słuszne - ale niekoniecznie dobre dla rasy ludzkiej. Nie cieszył się z tego, co go spotykało. Patrząc na niego mogłem uwierzyć, że to postać, która ma kilkaset lat i sporo nieprzyjemnych rzeczy widziała.
Dziewiątka miał też paskudny gust jeśli chodzi o wybór towarzyszki. Nigdy nie pojąłem, jak scenarzyści mogli uznać, że żwawy ośmiosetlatek może zobaczyć cokolwiek interesującego w Rose Tailor (lub podobnie - nie chce mi się robić wikipediowego researchu, a naprawdę nie obchodzi mnie, jak ta durna baba się nazywała).
Potem pojawił się Tennant. Nie był zły, ale miałem wrażenie, że to wcielenie Doktora jest adresowane do nastoletnich dziewczyn, mających tendencję do podkochiwania się w młodym nauczycielu angielskiego. Podczas jego szychty pojawiło się kilka naprawdę fajnych odcinków - "Blink" wciąż pozostaje moim ulubionym. Może dlatego, że było w nim bardzo mało Doktora. Niezrozumiałe zauroczenie Rose trwało... Mimo, że tym razem towarzyszką Doktora została najbardziej fantastyczna kobieta, jaką można sobie wymarzyć. Martha Jones otrzymała piękną twarz Freemy Agyeman - co samo w sobie by mi już wystarczyło, ale na tym nie skończyły się jej zalety. Raz, była prawdziwym doktorem... no dobrze, lekarzem. Dwa, nie była typową głupiutką damą w opresji - Martha potrafiła sama sobie radzić z problemami, można było na niej polegać, potrafiła w pojedynkę powstrzymać inwazję kosmitów... Szczerze mówiąc, zasłużyła na własny, lepszy serial.
Kiedy na scenę wkroczył Matt Smith zbaraniałem. Chłopak jest młodszy ode mnie*, ma fatalną dykcję, a nagle odgrywa kilkuset letniego kosmitę. To mógłbym jeszcze wybaczyć, ale po kilku odcinkach przekonałem się, że Jedenasty Doktor zachowuje się jak gówniarz. Doktor Smitha sam był swoim największym fanboyem. Patrzenie na niego było żenujące. Target serialu zmienił się z nastoletnich dziewcząt na chłopców z wczesnych klas podstawówki. Do tego pojawił się nowy problem - stery ekipy scenarzystów przejął Moffat. I choć rzeczywiście, dawniej Moff potrafił napisać pojedyncze udane odcinki - jak choćby wspominany wcześniej "Blink" - to jako oberscenarzysta okazał się równie kompetentny, co Stalin jako opiekun podległego mu narodu. Ponowne wykorzystywanie starych pomysłów, wdupczanie w co się da Daleków i Łkających Aniołów...
Obejrzałem może z sześć odcinków, po czym przestałem.
Obiecałem sobie, że nigdy już nie będę tracić czasu na "Doctora Who".
A teraz złamałem obietnicę.
Wszystko przez Capaldiego.
W chwili, kiedy to piszę, mam za sobą dwa odcinki z nowym Doktorem. Może za wcześnie, żeby wydać jednoznaczną opinię, ale już wiem, że postaram się obejrzeć następne epizody. Dlaczego?
Nowy Doctor mówi wyraźniej. Znowu jestem w stanie go zrozumieć. Nie jest swoim własnym fanem numer jeden. Patrząc na niego znowu mogę dopuścić możliwość, że to kosmita, który przeżył setki lat. Już w pierwszym odcinku ustala, że nie jest chłopakiem swojej towarzyszki podróży - swoją drogą ładnej, ale nie dorastającej Marcie Jones do pięt - mało tego, zamiast wpatrywać się w siebie nawzajem maślanymi oczami, Doctor i obecna towarzyszka wymieniają złośliwości**. Jednak konflikt to podstawa, przynajmniej na ekranie. Kiedy bohaterowie się lubią, ale często kłócą, jest ciekawiej, niż gdy do siebie wzdychają jak zadurzeni nastolatkowie.
Poza tym ten Doctor jest chyba najmroczniejszy od czasu Ecclestona. I bardzo dobrze.
Nie wiem, czy nadchodzące odcinki będą dobre. Nie wiem, czy ogólny temat tej serii jest sensowny. Nie wiem, czy Moffat nie zmarnuje szansy, jaką "Doctor Who" dostał u mnie dzięki zmianie odtwórcy głównej roli.
Wiem jedno: Doctor znowu jest mężczyzną, a nie chłopcem.
------------------
* No dobrze, to kwestia miesięcy, ale chodzi o zasadę.
** Mój ulubiony dialog (z pamięci, a byłem nieco pijany, więc nie jest dosłownie):
Towarzyszka: Nie życzę sobie żadnych komentarzy o moich biodrach!
Doctor: Ależ masz wspaniałe biodra! Jesteś zbudowana jak prawdziwy mężczyzna.
środa, 27 sierpnia 2014
Do it like they do on the Discovery Channel
Dawno temu żywiłem przekonanie, że Discovery Channel to telewizja edukacyjna. Miałem wrażenie, że dzięki niej można zobaczyć odległe kraje, popatrzeć na kopulujące rosomaki, zajrzeć do wnętrza łodzi podwodnej, zrozumieć, jak działa kuchenka mikrofalowa...
Teraz wyzbyłem się złudzeń. Oto próbka programów nadawanych obecnie przez Disco po polsku.
"Bryki nie z fabryki" - za sam polski tytuł tłumacz powinien zostać wyprowadzony na zewnątrz i rozstrzelany. A program? Wytatuowani kolesie przerabiają samochody. Kłócą się. Spieszą się. I tyle.
"Dynamo - więcej niż magia" - faktycznie, więcej... Nigdy nie widziałem tylu cięć, zmian ujęć i podstawionych konfederatów podczas realizacji pojedynczej iluzji.
Wyjaśnię: lubię iluzjonistów. Oglądałem Copperfielda, Penna i Tellera, Simona Drake'a, Marco Tempesta, cholera, nawet Chrisa Angela - i wszyscy są lepsi od Dynama. Mają więcej charyzmy, lepszą prezencję, poczucie humoru, o wiele lepsze iluzje. Sztuczki Dynama w większości można wytłumaczyć trikami telewizyjnymi, spora część jest tak prymitywna, że nawet ja wiem, jak się to robi, a to, co jest w miarę dobre - zostało zaprezentowane z werwą i pompą godną martwego leniwca.
"Auto reaktywacja" - po pierwsze, znowu tłumacz i jego podejście do tytułów. Oryginalny to "Fast'n Loud". Sam program wygląda tak: kolesie z brodami naprawiają auta. Spieszą się. Kłócą się. Ale! Poza tym kupują auta targując się jak stereotypowi Żydzi (przy czym wymieniane ceny nie mają nic wspołnego z rzeczywistością, wystarczy sprawdzić przez Googla Wszechpotężnego, po ile takie wozy naprawdę chodzą), po czym z kupionymi autami nie robią NIC. Tylko sprzedają je z komuś innemu za taką cenę, jakiej oczekiwał oryginalny właściciel. Byznes po Hamarykańsku.
"Fani czterech kółek" - znowu polski tytuł kandyduje do nagrody Swobodnej Interpretacji imienia Macierewicza. Ten program polega na tym, że dwóch kolesi kupuje używany samochód, naprawia go i udowadnia, że NIE DA SIĘ zarobić na oderestaurowaniu starego samochodu - bo to, co nazywają zyskiem, nie pokrywa nawet ułamka tego czasu i wysiłku, jaki mechanik wkłada w wymianę i naprawę części.
Warto zaznaczyć, że jak na Disco, to kiepski program: kolesie się nie kłócą, nie spieszy im się i nie mają tatuaży.
"Gorączka złota" - chyba jedyny program z prawidłowo przetłumaczonym tutułem. Ale! To nie dokument o prawdziwej Gorączce Złota, nie ma takiej opcji! To show o bandzie nieudaczników, którzy kopią w ziemi za złotem. Kolesie kłócą się. Spieszą się. Mają brody. I nic im nie wychodzi.
"Aukcja w ciemno", "Wojna o kontener", "Zgubione - sprzedane", "Wojny Magazynowe" - to w zasadzie ten sam program. Grupa fatalnych aktorów gra kupców na aukcjach. Licytują. Kupują. Potem okazuje się, czy kupili śmieci, czy coś wartościowego. Nie lubią się nawzajem. I, kurwa nędza, tyle.
Oto, jak wyobrażam sobie spotkanie rady programowej Discovery Channel:
Szanowna rado, prezentujemy... ULTIMATE DISCOVERY SHOW:
Kolesie mają brody... I TATUAŻE! Nie lubią się nawzajem! I nic im nie wychodzi! Dzielimy ich na trzy grupy!
Show polega na tym, że zaczyna się od... AUKCJI!
Licytują trzy kontenery!
W pierwszym kontenerze będzie... STARY SAMOCHÓD!
Muszą go odpicować i sprzedać z... ZYSKIEM!
W drugim kontenerze będą... ŚMIECI!
Muszą się pokłócić, rozwalić śmieci i jeszcze raz pokłócić.
A trzeci konetener... WYBUCHNIE NA SAM KONIEC ODCINKA!
A teraz nieoczekiwany zwrot akcji.... UCZESTNICY WSZYSTKO ROBIĄ NAGO!!!
-------------------------
Tak jest, Disco jest bardzo kształcącym programem. Wykształciło we mnie zwyczaj oglądania Planete+.
Teraz wyzbyłem się złudzeń. Oto próbka programów nadawanych obecnie przez Disco po polsku.
"Bryki nie z fabryki" - za sam polski tytuł tłumacz powinien zostać wyprowadzony na zewnątrz i rozstrzelany. A program? Wytatuowani kolesie przerabiają samochody. Kłócą się. Spieszą się. I tyle.
"Dynamo - więcej niż magia" - faktycznie, więcej... Nigdy nie widziałem tylu cięć, zmian ujęć i podstawionych konfederatów podczas realizacji pojedynczej iluzji.
Wyjaśnię: lubię iluzjonistów. Oglądałem Copperfielda, Penna i Tellera, Simona Drake'a, Marco Tempesta, cholera, nawet Chrisa Angela - i wszyscy są lepsi od Dynama. Mają więcej charyzmy, lepszą prezencję, poczucie humoru, o wiele lepsze iluzje. Sztuczki Dynama w większości można wytłumaczyć trikami telewizyjnymi, spora część jest tak prymitywna, że nawet ja wiem, jak się to robi, a to, co jest w miarę dobre - zostało zaprezentowane z werwą i pompą godną martwego leniwca.
"Auto reaktywacja" - po pierwsze, znowu tłumacz i jego podejście do tytułów. Oryginalny to "Fast'n Loud". Sam program wygląda tak: kolesie z brodami naprawiają auta. Spieszą się. Kłócą się. Ale! Poza tym kupują auta targując się jak stereotypowi Żydzi (przy czym wymieniane ceny nie mają nic wspołnego z rzeczywistością, wystarczy sprawdzić przez Googla Wszechpotężnego, po ile takie wozy naprawdę chodzą), po czym z kupionymi autami nie robią NIC. Tylko sprzedają je z komuś innemu za taką cenę, jakiej oczekiwał oryginalny właściciel. Byznes po Hamarykańsku.
"Fani czterech kółek" - znowu polski tytuł kandyduje do nagrody Swobodnej Interpretacji imienia Macierewicza. Ten program polega na tym, że dwóch kolesi kupuje używany samochód, naprawia go i udowadnia, że NIE DA SIĘ zarobić na oderestaurowaniu starego samochodu - bo to, co nazywają zyskiem, nie pokrywa nawet ułamka tego czasu i wysiłku, jaki mechanik wkłada w wymianę i naprawę części.
Warto zaznaczyć, że jak na Disco, to kiepski program: kolesie się nie kłócą, nie spieszy im się i nie mają tatuaży.
"Gorączka złota" - chyba jedyny program z prawidłowo przetłumaczonym tutułem. Ale! To nie dokument o prawdziwej Gorączce Złota, nie ma takiej opcji! To show o bandzie nieudaczników, którzy kopią w ziemi za złotem. Kolesie kłócą się. Spieszą się. Mają brody. I nic im nie wychodzi.
"Aukcja w ciemno", "Wojna o kontener", "Zgubione - sprzedane", "Wojny Magazynowe" - to w zasadzie ten sam program. Grupa fatalnych aktorów gra kupców na aukcjach. Licytują. Kupują. Potem okazuje się, czy kupili śmieci, czy coś wartościowego. Nie lubią się nawzajem. I, kurwa nędza, tyle.
Oto, jak wyobrażam sobie spotkanie rady programowej Discovery Channel:
Szanowna rado, prezentujemy... ULTIMATE DISCOVERY SHOW:
Kolesie mają brody... I TATUAŻE! Nie lubią się nawzajem! I nic im nie wychodzi! Dzielimy ich na trzy grupy!
Show polega na tym, że zaczyna się od... AUKCJI!
Licytują trzy kontenery!
W pierwszym kontenerze będzie... STARY SAMOCHÓD!
Muszą go odpicować i sprzedać z... ZYSKIEM!
W drugim kontenerze będą... ŚMIECI!
Muszą się pokłócić, rozwalić śmieci i jeszcze raz pokłócić.
A trzeci konetener... WYBUCHNIE NA SAM KONIEC ODCINKA!
A teraz nieoczekiwany zwrot akcji.... UCZESTNICY WSZYSTKO ROBIĄ NAGO!!!
-------------------------
Tak jest, Disco jest bardzo kształcącym programem. Wykształciło we mnie zwyczaj oglądania Planete+.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Old, bloated and pathetic
Dawno temu obejrzałem "The Expendables". Poprzeczka stała nisko i film ją bez trudu przeskoczył - dobrze się bawiłem. Niektóre dialogi były zabawne, Dolph wieszający pirata przywołał uśmiech na mojej twarzy, podobnie jak problemy Jeta Li, użalającego się, że jest najmniejszy z grupy najemników. Sceny akcji były nonsensowne i spektakularne, jak kogoś trafiła kula, to zgodnie z przewidywaniami lała się posoka.
Do tego w całym tym jarmarcznym machismo znalazł się jeden prawdziwy facet: Turkish... znaczy, Christmas, który nie musiał obnosić się z nasmarowanymi smalcem muskułami, nie musiał mieć przeszczepionych włosów, aby zasłonić efekty przedwczesnego łysienia, a i tak pozostawał twardzielem, bez choćby śladu metroseksualności.
Krótko mówiąć, pomysł na zebranie aktorów ze starych, szalonych filmów akcji był fajny i skutkował radosną, niezbyt wyszukaną rozrywką.
Drugą część oglądałem, ale... byłem zbyt pijany i nie pamiętam. Jestem prawie pewien, że wystąpił w niej Chuck Norris. I tyle.
Niedawno obejrzałem część trzecią.
Dialogi straciły poczucie humoru - zero jajcarskich banterów, zero złośliwości, ogólnie poziom komedii godny umiarkowanie niedorozwiniętego gimnazjalisty.
Sceny akcji straciły zęby - mnóstwo hałasu i eksplozji, ale bohaterowie, jak koleś z Predatora, najwyraźniej nie mają już czasu krwawić, bo bardzo im się spieszy do następnej sceny z wybuchami i oddawanim miliona serii z broni automatycznej (z jednego magazynka).
Riggs jako ober-szwarc-charakter... no, robi co może, ale ktoś napisał mu takie teksty i taką motywację, że aż zęby od tego bolą.
Sama fabuła... nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje, ale spróbujmy... Rambo uwalnia Blade'a, nie wiadomo dlaczego dopiero teraz, bo podobno znają się od lat, następnie bierze zlecenie od Hana Solo, aby aresztować (bo, jak wiadomo, USA aresztuje terrrorystów, a nie strzela nieuzbrojonym w oko) Mad Maxa. Ponieważ Mad Max jest Bardzo Niebezpieczny, Rambo wylewa swoich kumpli z drużyny (bo myśl, że najemnik mógłby zostać ranny albo zginąć jest mu wstrętna) po czym zartudnia nowych, młodych i zdolnych - bo nie jest do nich przywiązany emocjonalnie i może ich spisać na straty (przy okazji po raz pierwszy uzasadniając tytuł serii). Potem dużo rzeczy wybucha, wygłaszane są najbardziej chujowe dialogi w historii kina akcji, a na końcu najemnicy dochodzą do wniosku, że są jedną wielką rodziną i nie zostawiają swoich ludzi w potrzebie. Mniej więcej wygląda to tak:
W sumie, lepszy efekt byłby, gdyby Rambo na sam koniec właśnie powiedział "Ohana", niż gdyby przyłączył się do śpiewów karaoke...
Do tego w całym tym jarmarcznym machismo znalazł się jeden prawdziwy facet: Turkish... znaczy, Christmas, który nie musiał obnosić się z nasmarowanymi smalcem muskułami, nie musiał mieć przeszczepionych włosów, aby zasłonić efekty przedwczesnego łysienia, a i tak pozostawał twardzielem, bez choćby śladu metroseksualności.
Krótko mówiąć, pomysł na zebranie aktorów ze starych, szalonych filmów akcji był fajny i skutkował radosną, niezbyt wyszukaną rozrywką.
Drugą część oglądałem, ale... byłem zbyt pijany i nie pamiętam. Jestem prawie pewien, że wystąpił w niej Chuck Norris. I tyle.
Niedawno obejrzałem część trzecią.
Dialogi straciły poczucie humoru - zero jajcarskich banterów, zero złośliwości, ogólnie poziom komedii godny umiarkowanie niedorozwiniętego gimnazjalisty.
Sceny akcji straciły zęby - mnóstwo hałasu i eksplozji, ale bohaterowie, jak koleś z Predatora, najwyraźniej nie mają już czasu krwawić, bo bardzo im się spieszy do następnej sceny z wybuchami i oddawanim miliona serii z broni automatycznej (z jednego magazynka).
Riggs jako ober-szwarc-charakter... no, robi co może, ale ktoś napisał mu takie teksty i taką motywację, że aż zęby od tego bolą.
Sama fabuła... nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje, ale spróbujmy... Rambo uwalnia Blade'a, nie wiadomo dlaczego dopiero teraz, bo podobno znają się od lat, następnie bierze zlecenie od Hana Solo, aby aresztować (bo, jak wiadomo, USA aresztuje terrrorystów, a nie strzela nieuzbrojonym w oko) Mad Maxa. Ponieważ Mad Max jest Bardzo Niebezpieczny, Rambo wylewa swoich kumpli z drużyny (bo myśl, że najemnik mógłby zostać ranny albo zginąć jest mu wstrętna) po czym zartudnia nowych, młodych i zdolnych - bo nie jest do nich przywiązany emocjonalnie i może ich spisać na straty (przy okazji po raz pierwszy uzasadniając tytuł serii). Potem dużo rzeczy wybucha, wygłaszane są najbardziej chujowe dialogi w historii kina akcji, a na końcu najemnicy dochodzą do wniosku, że są jedną wielką rodziną i nie zostawiają swoich ludzi w potrzebie. Mniej więcej wygląda to tak:
W sumie, lepszy efekt byłby, gdyby Rambo na sam koniec właśnie powiedział "Ohana", niż gdyby przyłączył się do śpiewów karaoke...
środa, 13 sierpnia 2014
Beyond Thunderdome
Zacznijmy od cytatu z Biblii Tysiąclecia:
"I ujrzałem: gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu pieczęci, usłyszałem
pierwsze z czterech Zwierząt mówiące jakby głosem gromu: ”Przyjdź!”
I ujrzałem: oto biały koń, a siedzący na nim miał łuk. I dano mu wieniec, i
wyruszył jako zwycięzca, by [jeszcze] zwyciężać.
A gdy otworzył pieczęć druga, usłyszałem drugie Zwierzę mówiące: ”Przyjdź!”
I wyszedł inny koń barwy ognia, a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi
pokój, by się wzajemnie ludzie zabijali - i dano mu wielki miecz.
A gdy otworzył pieczęć trzecią, usłyszałem trzecie Zwierzę, mówiące: ”Przyjdź!”
I ujrzałem: a oto konwój białych Kamazów ku Ukrainie zmierza. I dano mu moc, aby wodę z mózgów widzów i dziennikarzy czynił."
Jak wynika z powyższego, koniec świata coraz bliżej. Jak uczy nas popkultura, wkrótce aparaty państwowe się rozsypią, społeczeństwo zdegeneruje, nie będzie Facebooka, wróci prawo naturalne nad prawem stanowionym (czyli prawo silniejszego) - i każdy z nas będzie mógł sobie zbudować własną Thunder Dome.
Zacznę od przybrania stosownego imienia: będę znany jako Kaspar Rozsądnie Obłąkany.
W mojej Kopule Gromu - i przyległych, podlegających mi ziemiach - będą obowiązywać następujące zasady:
- Jeśli mieszkaniec zostanie rozpoznany jako członek niegdysiejszej Rady Miasta Krakowa, albo krewny takiej osoby, zostanie powieszony na najbliższym drzewie.
- Powyższe prawo obowiązywać będzie też w przypadku działaczy partyjnych lokalnego szczebla i polityków wszelkiego kalibru.
- Do absolwentów psychologii będzie wolno strzelać bez ostrzeżenia.
- Wielbiciele marki Audi nie będą wpuszczani na teren mojej Kopuły.
- Wszystkie substancje psychotropowe będą legalne. Produkcja wina, piwa, cydru, miodu pitnego i bimbru będzie aktywnie wspierana, podobnie jak hodowla marihuany.
- Palenie tytoniu w miejscach publicznych będzie dozwolone.
- Podobnie jak spożywanie alkoholu.
- Słuchanie Lacuna Coil będzie karane aresztem.
- Od powyższego wyroku będzie można się odwołać, udowadniając, że zna się jakiś utwór Wild Cherry, najlepiej inny niż "Play that funky music".
- Jeśli ktoś zostanie przyłapany na tym, że przez trzy dni z rzędu nie czyta książki, zostanie oblany smołą, obsypany pierzem i wygnany.
- Jeśli ktoś oznajmi, że podobały mu się Bayformersy, zostanie wygnany, uprzednio dostając w prezencie woreczek z własnymi uszami.
- Wszelkie zapędy narodowo-faszystowskie będą karane rozczłonkowaniem przy użyciu traktorów Ursus.
- W związku z powyższym zalecane będzie noszenie długich włosów, niezależnie od płci.
- Osoby, którym wiara mówi, że Teoria Ewolucji jest nieprawdziwa, zostaną publicznie wyśmiane, a następnie wygnane.
- Nie będzie wieku emerytalnego. Zapieprzamy aż do śmierci - ale przynajmniej nie będą pobierane składki na wirtualne emerytury.
- Każdy poddany będzie mieć obowiązek noszenia broni. Będzie musiał umieć z niej korzystać i będzie mieć obowiązek obrony Kopuły przed najeźdźcami. Ponadto mile widziane będzie strzelanie do gołębi.
- Media (skoro to świat postapokaliptyczny, pewnie będzie to prasa) będą miały zagwarantowaną wolność słowa. Z jednym zastrzeżeniem: jeśli w jakimkolwiek nagłówku pojawi się znak zapytania, autorowi artykułu zostaną amputowane palce, a następnie przerobione na karmę dla zmutowanych skorpionów.
- Puszczanie amstaffów, pitbulli i bokserów luzem, bez kagańca będzie karane wyłupaniem oczu (od tej pory pies będzie na uwięzi, jako przewodnik niewidomego).
- Osoby uznane za zdrowe psychicznie, fizycznie, dostosowane społecznie i dobrze radzące sobie w życiu sprzed upadku społeczeństwa zostaną wygnane. Niech szpanują gdzieś indziej.
.
.
.
.
.
.
Po namyśle dochodzę do wniosku, że może jednak nie nadaję się na przywódcę Thunder Dome. Raczej sprawię sobie niedziałający samochód i parę wielbłądów... i jeszcze psa i shotguna.
"I ujrzałem: gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu pieczęci, usłyszałem
pierwsze z czterech Zwierząt mówiące jakby głosem gromu: ”Przyjdź!”
I ujrzałem: oto biały koń, a siedzący na nim miał łuk. I dano mu wieniec, i
wyruszył jako zwycięzca, by [jeszcze] zwyciężać.
A gdy otworzył pieczęć druga, usłyszałem drugie Zwierzę mówiące: ”Przyjdź!”
I wyszedł inny koń barwy ognia, a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi
pokój, by się wzajemnie ludzie zabijali - i dano mu wielki miecz.
A gdy otworzył pieczęć trzecią, usłyszałem trzecie Zwierzę, mówiące: ”Przyjdź!”
I ujrzałem: a oto konwój białych Kamazów ku Ukrainie zmierza. I dano mu moc, aby wodę z mózgów widzów i dziennikarzy czynił."
Jak wynika z powyższego, koniec świata coraz bliżej. Jak uczy nas popkultura, wkrótce aparaty państwowe się rozsypią, społeczeństwo zdegeneruje, nie będzie Facebooka, wróci prawo naturalne nad prawem stanowionym (czyli prawo silniejszego) - i każdy z nas będzie mógł sobie zbudować własną Thunder Dome.
Zacznę od przybrania stosownego imienia: będę znany jako Kaspar Rozsądnie Obłąkany.
W mojej Kopule Gromu - i przyległych, podlegających mi ziemiach - będą obowiązywać następujące zasady:
- Jeśli mieszkaniec zostanie rozpoznany jako członek niegdysiejszej Rady Miasta Krakowa, albo krewny takiej osoby, zostanie powieszony na najbliższym drzewie.
- Powyższe prawo obowiązywać będzie też w przypadku działaczy partyjnych lokalnego szczebla i polityków wszelkiego kalibru.
- Do absolwentów psychologii będzie wolno strzelać bez ostrzeżenia.
- Wielbiciele marki Audi nie będą wpuszczani na teren mojej Kopuły.
- Wszystkie substancje psychotropowe będą legalne. Produkcja wina, piwa, cydru, miodu pitnego i bimbru będzie aktywnie wspierana, podobnie jak hodowla marihuany.
- Palenie tytoniu w miejscach publicznych będzie dozwolone.
- Podobnie jak spożywanie alkoholu.
- Słuchanie Lacuna Coil będzie karane aresztem.
- Od powyższego wyroku będzie można się odwołać, udowadniając, że zna się jakiś utwór Wild Cherry, najlepiej inny niż "Play that funky music".
- Jeśli ktoś zostanie przyłapany na tym, że przez trzy dni z rzędu nie czyta książki, zostanie oblany smołą, obsypany pierzem i wygnany.
- Jeśli ktoś oznajmi, że podobały mu się Bayformersy, zostanie wygnany, uprzednio dostając w prezencie woreczek z własnymi uszami.
- Wszelkie zapędy narodowo-faszystowskie będą karane rozczłonkowaniem przy użyciu traktorów Ursus.
- W związku z powyższym zalecane będzie noszenie długich włosów, niezależnie od płci.
- Osoby, którym wiara mówi, że Teoria Ewolucji jest nieprawdziwa, zostaną publicznie wyśmiane, a następnie wygnane.
- Nie będzie wieku emerytalnego. Zapieprzamy aż do śmierci - ale przynajmniej nie będą pobierane składki na wirtualne emerytury.
- Każdy poddany będzie mieć obowiązek noszenia broni. Będzie musiał umieć z niej korzystać i będzie mieć obowiązek obrony Kopuły przed najeźdźcami. Ponadto mile widziane będzie strzelanie do gołębi.
- Media (skoro to świat postapokaliptyczny, pewnie będzie to prasa) będą miały zagwarantowaną wolność słowa. Z jednym zastrzeżeniem: jeśli w jakimkolwiek nagłówku pojawi się znak zapytania, autorowi artykułu zostaną amputowane palce, a następnie przerobione na karmę dla zmutowanych skorpionów.
- Puszczanie amstaffów, pitbulli i bokserów luzem, bez kagańca będzie karane wyłupaniem oczu (od tej pory pies będzie na uwięzi, jako przewodnik niewidomego).
- Osoby uznane za zdrowe psychicznie, fizycznie, dostosowane społecznie i dobrze radzące sobie w życiu sprzed upadku społeczeństwa zostaną wygnane. Niech szpanują gdzieś indziej.
.
.
.
.
.
.
Po namyśle dochodzę do wniosku, że może jednak nie nadaję się na przywódcę Thunder Dome. Raczej sprawię sobie niedziałający samochód i parę wielbłądów... i jeszcze psa i shotguna.
sobota, 9 sierpnia 2014
It's such an ugly world
Tu miały być nagłówki. Niestety, jedyne z których dałoby się ponabijać, to te na interia.pl i wp.pl - a to trochę tak, jak śmiać się z upośledzonych dzieci.
Tymczasem na wprost.pl i tvn24.pl - pelnowymiarowa wojna z Rosją.
Był taki czas, że ludzie z którymi miałem do czynienia byli przekonani - i przekonywali do tego mnie - że naród rosyjski to zasadniczo zgraja immanentnych skurywysnów. Na przekór środowiskowemu ciśnieniu zdecydowałem się w to nie wierzyć.
Teraz, jeśli choć ułamek tego, co przedstawiają media jest prawdą, wygląda na to, że się myliłem, a presja środowiskowa była słuszna. To nie wpływa dobrze na mój nastrój.
Chociaż... za chwilę kurek z gazem zostanie zakręcony, ceny pójdą w górę jak prom kosmiczny, a cała nieprzemyślana, populistyczna akcja walki ze smogiem w Krakowie zdechnie - bo nawet jej duch sprawczy, imć Guła, nie będzie dość bogaty, aby grzać w zimie czymś innym, niż drewnem z połamanych mebli. Można to uznać za drobny plus tej hecy z Ukrainą.
No dobrze, a co na BBC i NYT?
Amerykanie znowu walczą z terrorem - i są z tego dumni. Bo nic nie mówi "Freedom" tak, jak nalot bombowy na cywilną ludność, a potem zrzucenie im na łby bliżej nieokreślonej "pomocy humanitarnej".
Żydzi napierdalają się z Arabami - co tylko dowodzi, że religia jest jak azbest: kiedyś wydawała się dobrym pomysłem, ale teraz jest przestarzała i niebezpieczna.
Największą nadzieję wiążę z ebolą - powoli zżera Afrykę, już jest w USA (prawdopodobnie nie tylko w izolatkach), pojawiają się pierwsze niby-nagłówki (takie ze znakiem zapytania) o wirusie w Kanadzie. To tylko kwestia czasu, aż nagle żywotność gejów, płonące tęcze, sprzedane mecze, ustalanie, kiedy zygota staje się pełnoprawnym człowiekiem i tego typu pierdoły znowu staną się właśnie tym - pierdołami. Bo raczej nikogo nie obchodzą pierdoły, kiedy umiera krwawiąc ze wszystkich otworów ciała.
Ciekaw jestem, moi mili konformiści, jak przed ebolą uratuje was twitter, facebook i wpierdalanie jabłek.
Tymczasem na wprost.pl i tvn24.pl - pelnowymiarowa wojna z Rosją.
Był taki czas, że ludzie z którymi miałem do czynienia byli przekonani - i przekonywali do tego mnie - że naród rosyjski to zasadniczo zgraja immanentnych skurywysnów. Na przekór środowiskowemu ciśnieniu zdecydowałem się w to nie wierzyć.
Teraz, jeśli choć ułamek tego, co przedstawiają media jest prawdą, wygląda na to, że się myliłem, a presja środowiskowa była słuszna. To nie wpływa dobrze na mój nastrój.
Chociaż... za chwilę kurek z gazem zostanie zakręcony, ceny pójdą w górę jak prom kosmiczny, a cała nieprzemyślana, populistyczna akcja walki ze smogiem w Krakowie zdechnie - bo nawet jej duch sprawczy, imć Guła, nie będzie dość bogaty, aby grzać w zimie czymś innym, niż drewnem z połamanych mebli. Można to uznać za drobny plus tej hecy z Ukrainą.
No dobrze, a co na BBC i NYT?
Amerykanie znowu walczą z terrorem - i są z tego dumni. Bo nic nie mówi "Freedom" tak, jak nalot bombowy na cywilną ludność, a potem zrzucenie im na łby bliżej nieokreślonej "pomocy humanitarnej".
Żydzi napierdalają się z Arabami - co tylko dowodzi, że religia jest jak azbest: kiedyś wydawała się dobrym pomysłem, ale teraz jest przestarzała i niebezpieczna.
Największą nadzieję wiążę z ebolą - powoli zżera Afrykę, już jest w USA (prawdopodobnie nie tylko w izolatkach), pojawiają się pierwsze niby-nagłówki (takie ze znakiem zapytania) o wirusie w Kanadzie. To tylko kwestia czasu, aż nagle żywotność gejów, płonące tęcze, sprzedane mecze, ustalanie, kiedy zygota staje się pełnoprawnym człowiekiem i tego typu pierdoły znowu staną się właśnie tym - pierdołami. Bo raczej nikogo nie obchodzą pierdoły, kiedy umiera krwawiąc ze wszystkich otworów ciała.
Ciekaw jestem, moi mili konformiści, jak przed ebolą uratuje was twitter, facebook i wpierdalanie jabłek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





