Nowa fotka w "Bieganiu".
Ze względu na to, że Wodociągi Krakowskie, Gazownia i Zarząd Dróg postanowiły doprowadzić mnie do obłędu, zrujnować połowę domów przy mojej ulicy i jeszcze w telewizji twierdzą, jak bardzo są z tego dumni - nie jestem w stanie pisać cotygodniowych bełkotów. Może za tydzień albo dwa wrócę do normy.
See ya.
piątek, 10 lipca 2015
poniedziałek, 29 czerwca 2015
10 km/h więcej ratuje zdrowie psychiczne
Były kiedyś złote czasy dla
kierowców.
Ograniczenie do 60kmh w obszarze
zabudowanym.
Jazda w pasach tylko poza obszarem
zabudowanym.
Światła mijania należało włączać
tylko w warunkach ograniczonej widzialności.
Fotoradary zdarzały się rzadko,
zwykle stawiano 150 metrów przed nimi znak ostrzegawczy o punkcie
pomiaru prędkości.
Dowód rejestracyjny miał dość
miejsca na pieczątki przeglądów technicznych, żeby nie trzeba
było go wymieniać co sześć lat za opłatą pięćdziesięciu
kilku złotych.
Normalnie, Dziki Zachód. Jakim cudem
cała ludzkość nie wyginęła w wypadkach? Nie wiem.
A teraz?
Teraz jest zajebiście bezpiecznie.
50kmh w mieście, a w niektórych tylko
30.
Pasy cały czas, z przodu, z tyłu,
naokoło fotelika dziecięcego...
Światła mijania non-stop, słońce,
deszcz, noc, dzień...
Fotoradar co dwa kroki.
Garby i wysepki spowalniające.
Za przekroczenie prędkości traci się
prawko.
Zabawne, że kilka dni temu bliska mi
osoba wzięła udział w wypadku, spowodowanym przez
sześćdziesięcioletniego buca ("Całe życie nigdy nie
dostałem mandatu!"), który wyjechał z podporządkowanej,
walnął w jadący główną samochód, a gdy już doszło do
jebnięcia - pomylił gaz z hamulcem, i wypchnął uderzone auto pod
koła pojazdów jadących z naprzeciwka.
Wszyscy uczestnicy wypadku byli
trzeźwi, jechali w granicach ograniczenia prędkości i mieli
zapalone światła mijania.
Rezultat?
Kilka siniaków, naciągnięte stawy, niewykluczone wstrząśnienie mózgu, dwa auta do kasacji. A policja, niestety, nie mogła wpisać do
statystyk, że przyczyną była "nadmierna prędkość",
"brawurowa jazda"*, czy ordynarna "nietrzeźwość".
Zabawne, ale gdyby auto na głównej
jechało sześćdziesiąt, a nie pięćdziesiąt, kretyn z boku nie
miałby okazji w nie uderzyć.
---------------
* To określenie wkurwia mnie nad
miarę. Brawura to (za słownikiem) "odwaga i dynamika, męstwo
i werwa". Znaczenie negatywne usiłuje się temu wyrazowi nadać
na siłę. Czemu nie nazywamy rzeczy po imieniu? To nie "brawura"
sprawia, że ktoś wyprzedza na trzeciego pod górę i powoduje
karambol - a zwykła głupota.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
A mogłem sprawdzić na Wikipedii
To zdumiewające, ale nie jestem
wszechwiedzący. Więc od czasu do czasu muszę się posiłkować
literaturą fachową. Tym razem chciałem coś* sprawdzić w słowniku
wyrazów obcych i padło na panów Markowskiego i Pawelca. Ale urok
słowników jest taki, że po sprawdzeniu tego, co należało, korci,
żeby zajrzeć pod inne hasła...
Sprawdziłem definicję Heavy Metalu.
Nie byłem pod wrażeniem - według słownika wszystko, co rytmiczne,
agresywne i głośne, to Heavy Metal.
Ponadto trochę zaniepokoiły mnie
zdania, dodawane do każdej definicji jako praktyczny przykład.
Przy takim Halloween zdanie brzmiało
mniej więcej tak: "[...] jak dotąd próby przeszczepienia H.
na polski grunt - na szczęście - się nie powiodły."
To "na szczęście" - czyżby
autorzy słownika postanowili wcisnąć do niego swoje poglądy? Nie
szukam publicystyki, szukam możliwie ścisłych definicji...
Oczywiście, możliwe, że jestem
przewrażliwiony. Może panowie autentycznie cytowali jakieś
źródło...
Mniejsza z tym.
Następnym hasłem, jakie musiałem
obowiązkowo sprawdzić, był Onanizm. Tę perełkę postarałem się
przepisać w dosłownie.
"ONANIZM
-
jedna
z
form
zachowań
seksualnych,
polegająca
na
pobudzaniu
własnych
narządów
płciowych,
aby
osiągnąć
podniecenie
seksualne
i
orgazm:
Ponad
80%
ankietowanych
mężczyzn
przyznało
się
do
uprawiania
onanizmu
w
młodości.
Czy
w
związku
z
tym
tych,
którzy
go
nie
uprawiali,
należy
uznać
za
nienormalnych?"
Zacznijmy
od
nasuwającego
się
pytania
-
jeśli
obudziłem
się
z
masztem
flagowym
pod
kołdrą,
albo
obejrzałem
podniecającą
scenę
w
filmie,
czyli
nie
zabiegałem
własnoręcznie
o
podniecenie
seksualne,
ono
pojawiło
się
bez
mojego
zamiaru...
Więc:
czy
jeśli
chodziło
mi
tylko
o
orgazm,
czyli
spełniam
zaledwie
50%
definicji,
czy
w
takim
razie
wciąż
mówimy
o
onanizmie?
Czy
wymyślamy
nowe
słowo..?
Następna
kwestia
jest
równie
oczywista.
Odpowiedź
na
pytanie brzmi:
W
żadnym
wypadku
nie
należy
uznawać
20%
ankietowanych
mężczyzn
za
nienormalnych.
Należy
uznać
ich
za
bezczelnych
kłamców.
---------------
* Chciałem się upewnić, czy "fallus"
to penis w ogóle, czy konkretnie w stanie erekcji. Według panów
M&P: członek w stanie wzwodu. Dziękuję za uwagę.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Could've been worse...
Mogło być gorzej.
Fakt, nie mam kariery, jeśli chodzi o
finanse, to każdego miesiąca zastanawiam się, czy to już pora,
żeby zrezygnować z abonamentu za internet, moje ambicje raz za
razem rozbijają się o ostre skały, a kiedy widzę swoje odbicie w
lustrze, i zdaję sobie sprawę, jak bardzo spieprzona jest
maszyneria za tymi przepitymi oczami, to zastanawiam się, ile
jeszcze, zanim w końcu ustawię stery na centrum Słońca, albo
zanim ktoś z rodziny pośle mnie do pokoju bez klamek...
Ale mogło być gorzej.
Mógłbym być absolwentem psychologii.
Mógłbym być sparaliżowanym od nosa
w dół.
Mógłbym być telemarketerem.
Mógłbym pisać "content"
dla portali internetowych.
Mógłbym mieszkać pod mostem,
uzależniony od hery, na którą zdobywałbym pieniądze obciągając
przypadkowym zboczeńcom.
Mógłbym mieć eks-żonę i dzieci.
Mógłbym wierzyć, że klikanie
fejsbukowych lajków ma jakieś znaczenie.
Mógłbym należeć do jakiejś partii.
Mógłbym być rzecznikiem prasowym
jakiejś partii.
Mógłbym utrzymywać się z robienia
kantów "na wnuczka".
Tak... mogło być gorzej.
Mógłbym być komikiem stand-up'owym.
W sumie... jeszcze nie jest aż tak
źle.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Sztuczna inteligencja i autentyczna głupota.
Co takiego dała światu Afryka
Południowa? Diamenty... "Dystrykt 9"... A teraz "Chappie".
Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi
kobiety, choć i towarzystwem facetów nie wzgardzą, "Dystrykt
9" był prologiem do potencjalnie ciekawego filmu s-f (szkoda,
że kończył się, zanim wydarzyło się w nim cokolwiek
interesującego), a "Chappie"...
No właśnie...
Film traktuje o robocie, który staje
się samoświadomy. Totalnie oryginalny pomysł, nikt tego wcześniej
nie zrobił*.
Najpierw - na modłę "Dystryktu
9" - dostajemy wyrwane z kontekstu wypowiedzi rzekomych
naukowców, jak to dane im jest dożyć nowej ery.
Widz domyśla się, że ta nowa era to
powstanie i rozpowszechnienie AI. Jednocześnie godzi się z tym, że
film - na modłę "Dystryktu 9" - będzie usiany wstawkami
reportażowo-narracyjnymi. Trudno, małpa nauczyła się sztuczki,
małpa będzie ją wykonywać.
Następnie poznajemy naczelnego cipasa
tej opowieści - tatusia sztucznej inteligencji, matoła ze stopniem
naukowym, pracującego dla Ripley.
Firma Ripley produkuje zaprojektowane
przez cipasa roboty i sprzedaje je gliniarzom, żeby siły policyjne
mogły jakoś poradzić sobie z J-Burgiem, który trochę za bardzo
przypomina Detroit. W firmie pracuje Wolverine, który zrobił
zdalnie sterowanego, militarnego robota i jest niepocieszony, że
gliny jakoś wolą kupować policyjne roboty, zamiast wojskowych.
Dlatego w pewnym momencie uzna, że najmądrzejsze, co może zrobić,
to rozpierdolić własną firmę, sabotując oprogramowanie
policyjnych droidów (czy ktoś od Disneya już skontaktował się z
działem prawnym i ustalił, czy można pozwać twórców "Chappiego"
za wykorzystanie gwiezdnowojennej nazwy robota?)
Ale nie uprzedzajmy wydarzeń - wróćmy
do naszego cipasa.
Otóż nasz cipas stworzył plik, w
którym zawarł Świadomość. Ten plik działał. Ale działanie na
pececie to nie dość, więc cipas postanowił wgrać plik robotowi.
Poprosił o pozwolenie Ripley, ale ta, jako jedyna postać w całym
tym żałosnym filmie wykazała się rozsądkiem i odmówiła. No to
cipas ukradł uszkodzonego robota i wgrał mu plik ze Świadomością...
znajdując się pod lufami jakiś wkurwiających, niedorozwiniętych,
idiotycznych, nieprawdopodobnych niby-gangsterów, którzy wpadli na
genialny pomysł wykorzystania robota do rozwiązania swoich
problemów natury płynności finansowej.
... i to jest moment, w którym muszę
odetchnąć i napić się wody.
Od dawna żadnemu filmowi nie udało
się mnie autentycznie wkurwić.
"Chappie" tego dokonał.
Żadna postać nie kieruje się
sensowną motywacją.
Gdyby dziury logiczne były penisami i
waginami - ten film byłby najostrzejszym porno w historii. Najpierw
Świadomość działa na pececie. Potem zostaje wgrana do robota.
Potem nie można jej przegrać z uszkodzonego robota do innego. Potem
hełm do odczytywania EEG jakimś cudem działa na głowie robota.
Następnie da się przegrać umysł żywego człowieka do robota. A
na końcu da się przegrać umysł z zepsutego robota do działającego
robota - mimo, że jeszcze godzinę temu się nie dało. A to tylko
najbardziej rażące przykłady lenistwa, nieuctwa i fuszerki
scenarzysty.
"Ożywiony" robot w żaden
sposób nie przypomina tego, czym naprawdę mogłaby być AI. Zamiast
tego jest pieprzoną postacią z kiepskiej kreskówki.
Mógłbym to wybaczyć, gdyby "Chappie"
- zgodnie z tym, co sugeruje jego tytuł - był filmem w rodzaju
"Shreka" albo "Wall-e" - sposobem na zabawienie
bachorów i wyciągnięcie forsy z kieszeni rodziców. Ale ten chłam
nie jest ani trochę zabawny, nie jest też filmem dla dzieci... sama liczba "fucków"
wyszczekanych z dziwacznym akcentem - skoro o tym mowa, akcent
Wolverina zasługuje na szczególne wyróżnienie, brzmi zupełnie,
jak pijany Australijczyk udający Afrykanera wychowanego w Szkocji -
otóż sama liczba przekleństw sugeruje, że film jest przeznaczony
dla dojrzałego widza.
Kłopot w tym, że dojrzały widz po
seansie dojdzie do jednego wniosku:
"Chappie" nie jest aż tak
zły, jak Apartheid - ale niewiele mu brakuje.
---------------
* A ja muszę w końcu przyjąć do
wiadomości, że sarkazm nie zawsze wychodzi mi tak zgrabnie i
dowcipnie, jakbym tego chciał.
czwartek, 4 czerwca 2015
Halfway there
Nowa fotka w zakładce "Bieganie". Strzelona na oślep, bo wyświetlacz LCD nie dawał sobie rady, kiedy było jasno.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Książki i randki w ciemno
I znowu będzie o książkach.
Nikogo nie obchodzi ta archaiczna forma
stymulacji szarej materii? Wszyscy już sobie poszli? Może jednak
ktoś został? Jedna, może dwie osoby? Super. Nieważne, że jest
Was niewielu. Przynajmniej jesteśmy w sensownym towarzystwie,
prawda?
Ekhem... Książki.
Kiedyś o tym pisałem, ale przypomnę
- dawno temu traktowałem każdą książkę niczym staromodne
małżeństwo: skoro zacząłem czytać, to dotrwam do grobowej deski
(czy raczej do ostatniej strony). Teraz, kiedy już odkryłem, że
jedynym surowcem absolutnie nieodnawialnym jest Czas, moje związki z
książkami są mniej rygorystyczne.
Jak wiadomo, jeśli chodzi o książki,
nie należy się sugerować powierzchownością (okładką),
najważniejsze jest wnętrze (treść)*.
Właśnie dlatego kiedyś czytałem
wszystko od deski do deski. Bo jak ocenić treść, jeśli nie
poznało się jej w całości?
Otóż jest kilka sposobów.
Przede wszystkim, wybieramy typ, który
się nam podoba**.
W moim przypadku od razu odpadają
książki o wampirach, romanse i wielotomowe sagi fantasy, pełne
elfickich cipasów i zawszonych, krasnoludzkich pierdolców. Reszta
ma szansę.
Poza tym można zdecydować się na
sprawdzonego autora... zazwyczaj.
Niestety, zdarzają się niewypały -
wszystkie sygnały są w porządku, z początku nawet coś iskrzy,
ale pod koniec pierwszego aktu, gdy już znamy bohaterów i wiemy,
wokół czego kręci się fabuła, nagle okazuje się, że najlepsze,
co można zrobić, to rozejść się i poszukać czegoś
innego...***.
W moim przypadku takimi ostatnimi
niewypałami okazały się aż dwie książki Joanny Chmielewskiej.
Kiedyś, młodym pacholęciem będąc,
zaczytywałem się w jej kryminałach (i nie tylko kryminałach, bo
takie "Skarby" to raczej powieść przygodowa). W ostatnich
latach mój entuzjazm wobec kryminałów wszelakich zdecydowanie
ostygł, ale przecież... To Chmielewska! Jeśli ktoś umie napisać
dobrą, zabawną powieść, z doskonale grającymi dialogami, to na
pewno pani Joanna!
No i trafiło na dwa niewypały pod
rząd. Jeden mnie odstraszył tym, że był wykombinowany na siłę -
bohaterce zginęła pamiątkowa zapalniczka, zdaje się, że ktoś w
stylu agenta Tomka ją ukradł, ale gdy pluton przyjaciół bohaterki
usiłuje odzyskać zapalniczkę, znajdują trupa, a odzyskana
zapalniczka okazuje się być zupełnie inną zapalniczką... I w tym
momencie zgasiłem świece, odstawiłem wino, wyłączyłem płytę z
"Beast of Burden".... To znaczy, odłożyłem książkę.
Nic to, złapałem za następną. I
było jeszcze gorzej - połowa tego, co przeczytałem, to dialogi
przyjaciółek, plotkujących i rozważających, czy jedną z nich
zdradza mąż****. Poza tym, już w pierwszych akapitach dowiadujemy
się, że ktoś doskonale pasujący do opisu wspomnianego niewiernego
męża zacukał jakąś babę - przy czym zatłukł nie tę, o którą
mu chodziło... Więc albo na pierwszej stronie dostałem rozwiązanie
zagadki, albo tak uporczywie wciska mi się fałszywy trop, że
rozwiązanie będzie całkowicie z dupy wzięte.
Nigdy się nie dowiem, bo książkę
odłożyłem i nie zamierzam wracać.
Można zdecydować się na randkę w
ciemno.
W moim przypadku była to powieść o
Monstrumologu, "Klątwa Wendigo" Ricka Yancey'a.
Niestety, ta randka nie przebiegła za
dobrze.
To był, jeśli mi się coś nie
pomyliło, drugi tom cyklu (a może trzeci?) - co mogło oznaczać,
że książka ma wyśrubowane oczekiwania wobec mojej osoby
(mianowicie, liczy na to, że czytałem poprzednią część).
To jednak nie okazało się problemem.
Problemem okazało się to, że nie
zainteresowała mnie fabuła. Sporym problemem okazała się
rozbieżność między bohaterem, a pierwszoosobowym narratorem
(bohaterem, jak zakładam, był monstrumolog, narratorem... Ech, było
ich dwóch - jednym był facet, który czytał pamiętniki innego
faceta - a tym innym facetem, czyli sub-narratorem, był młodociany
i nieco tępawy asystent monstrumologa). Gigantycznym problemem było
zachowanie monstrumologa - facet jest, w gruncie rzeczy, wiedźminem,
tyle tylko, że bardziej od zabijania potworów, interesuje go ich
zbadanie i skatalogowanie (w miarę możliwości związane z
wiwisekcją)... i tenże monstrumolog nie wierzy w istnienie wendigo!
Co jest, do cholery? Wendigo w tytule, bohaterowie spotykają wendigo
co najmniej kilka razy, pewien facet przechodzi transformację i
zostaje wspomnianym wendigo... a imć monstrumolog wciąż nie wierzy
w wendigo...
Po prostu nie byłem w stanie tego
strawić. Kiedy bohaterowie odstawili opętanego/transformującego
faceta tęskniącej żonie, zapewniając ją, że za kilka tygodni
koleś wróci do normy, uznałem, że wystarczy.
Z tej randki oddaliłem się z
niesmakiem.
Jednak czasem zdarza się udana randka
w ciemno. Mimo, że pierwsze sygnały są niekorzystne...
To miejsce, w którym muszę wspomnieć
o Robinsonie Crusoe.
Czytałem go jako lekturę w
podstawówce, całe życie temu. W zasadzie niewiele już pamiętam -
ale silne wrażenia pozostały ze mną do końca życia*****. Zapewne
niektóre z nich są mylne...******
Przede wszystkim - Robinson cały czas
powtarzał, że gdyby tylko słuchał się kochanej matuli, to nic
złego by go nie spotkało.
Nic złego?
Facet wylądował na wyspie, gdzie nie
musiał płacić podatków, martwić się upierdliwymi sąsiadami,
miał doskonałą pogodę, dostęp do słodkiej wody, żywności...
Już wtedy coś mi tu nie grało.
Poza tym, jeśli naszemu maminsynkowi
udało się coś zrobić (zasiać zboże, sklecić parasol) to tylko
dzięki... miłościwemu Panu Bogu.
Facet brzmiał jak obłąkany
katecheta.
Nienawidziłem skurwysyna z całego
serca.
Robinsona zresztą też.
Wspominam o tym dlatego, że pierwszym
sygnałem, który wysłała mi książka Andy'ego Weira, było silne
skojarzenie z Robinsonem.
Książka nosi trochę niefortunny
tytuł "Marsjanin" - na szczęście, nie jest o kosmicie,
który rozbił się na planecie Ziemia i potrzebuje pomocy jakiś
dzieciaków, żeby zadzwonić do domu. Nie, "Marsjanin" to
opowieść o facecie, który wskutek drobnej katastrofy podczas
załogowej misji na Marsa, zostaje sam na powierzchni Czerwonej
Planety. Nie może komunikować się z Ziemią. Ma zapasy na kilka
tygodni - a następna misja jest planowana dopiero za kilka lat. Ale
zamiast wstrzyknąć sobie śmiertelną dawkę morfiny i mieć święty
spokój, bohater decyduje się przetrwać za wszelką cenę. Musi
zadbać o źródło energii. Musi zdobyć (uprawiać) pożywienie - a
żeby to się udało, potrzebuje gleby, nawozu i najcenniejszej:
wody. Musi nawiązać kontakt z Ziemią, która jest przekonana o
jego zgonie...
I robi to - nie użalając się na to,
że pokarało go, bo był niegrzecznym chłopcem. Robi to, dzięki
determinacji, sile i posiadanej wiedzy z zakresu botaniki,
inżynierii, fizyki i chemii (choć, jak wyczytałem w przypisach,
autor uciekł się do kilku uproszczeń. Zapewne sprawiło to, że
taki matoł jak ja, był w stanie strawić powieść) - a nie dzięki
wyimaginowanemu przyjacielowi, patrzącemu na niego z nieba... Poza
tym nasz bohater - szczęśliwie dla czytelnika - na sytuacje
stresowe reaguje poczuciem humoru.
Przez połowę powieści narrację
stanowi dziennik prowadzony przez "Marsjanina" - dopiero
potem do gry wchodzą Ziemianie, usiłujący pomóc facetowi wrócić
do domu.
Najkrócej mogę to podsumować tak:
Apollo 13 spotyka Robinsona (któremu odcięto wszystkie kijowe
fragmenty).
Jak pisałem - pierwsze sygnały nie
były zachęcające. Ale potem powieść mnie zauroczyła.
Na szczęście postanowiłem po
pierwszej randce wybrać się na drugą. I nagle okazało się, że
jest rano, nie spałem całą noc, a książka leży na łóżku obok
mnie, dokładnie przeczytana...
-------------
* Trochę, jak z kobietami.
** Tak, jak z kobietami.
*** Zupełnie, jak z kobietami.
**** Całkowicie, jak... hmmm.
***** Nieco, jak z pierwszą
dziewczyną, która złamała mi serce.
****** .... ech.... Jak wyżej...
--------------
PS.
Po napisaniu tego tekstu doszedłem do
wniosku, że książki jednak nie są jak kobiety.
Są lepsze.
Nie zmuszają do chodzenia z nimi na zakupy, nie
zdradzają, nie mają
wkurwiających członków rodziny...
Z dniem dzisiejszym postanowiłem
przestać tracić czas na kobiety, skupić się na książkach i
umrzeć jako człowiek szczęśliwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)