Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gra pc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gra pc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Corruption of Champions, krok po kroku

Krok 1:
Upewnić się, że ma się ukończone 18 lat.

Krok 2:
Wejść na stronę www.fenoxo.com. Można się porozglądać i ocenić, co to za ciekawy ląd... A następnie kliknąć zakładkę "play". Spośród wymienionych gier wybrać Corruption of Champions.

Krok 3:
Zorientować się, że gra jest flashowa, tekstowa i w zasadzie pozbawiona grafiki (jeśli nie liczyć garści małych sprite'ów i image packa, którego można ściągnąć, jeśli chce się grać z dysku, a nie w przeglądarce).

Krok 4:
Fabuła... Jest sporo tekstu, więc mocno skrócę. Jesteś czempionem wybranym spośród mieszkańców swojej wioski, który przez magiczny portal dociera do krainy demonów, gdzie ma żuć gumę i kopać tyłki.

Krok 5:
Gra w stanie ciągłego rozwoju, więc na chwilę obecną chyba nie ma jakiegoś solidnego endgame'u. Ale jako sandbox działa sprawnie.

Krok 6:
To w sumie cRPG, więc należy stworzyć postać. Wybrać płeć, cechy fizyczne, perki... I w drogę, kopać tyłki.

Krok 7:
Odkryć pierwszy objaw Wybitnej Gry - tury. Gramy bez pośpiechu, można spokojnie zapalić fajkę, wypić kawę, odebrać telefon... Relaks, mówiąc krótko. Każdy dzień naszego bohatera (lub bohaterki) zaczyna się o 6 rano, a kończy o 9 wieczorem. Każda tura trwa godzinę czasu gry (no, prawie każda, zdarzają się takie rzeczy, które zjadają więcej czasu, ale nieczęsto). Podczas tury można eksplorować krainę, albo odwiedzać odnalezione miejsca. W tychże miejscach można znaleźć npc'ów albo wrogów.

Krok 8:
Walka. Też turowa. Można atakować, bronić się, uciekać, używać umiejetności (jeśłi się je posiada), rzucać czary (jeśli się je zna), wreszcie można... No właśnie... Można doprowadzić wroga to seksualnego amoku, a wtedy staje się bezsilny. Zwycięstwo świętuje się całkiem dobrze napisaną pornoscenką.

Krok 9:
Po walce trzeba się wyleczyć. Można odpocząć w obozie, ale przecież szybciej jest łyknąć jakiś napój...

Krok 10:
W plecaku ma się kilka napojów. Zacząć od Equinum... O tak, podniosły się atrybuty bohatera, przybyło siły i wytrzymałości.... ale...
... hmm. Wygląda na to, że penis bohatera urósł. Logicznym krokiem jest wypicie drugiej dawki.
... hmmm. Ekhem... Wygląda na to, że teraz bohater nie ma już ludzkiego członka, tylko horsecocka.

Krok 11:
Z pewnymi obawami grać dalej. Przekonać się, że każdy przedmiot, który można zjeść lub wypić może zmienić atrybuty i wywołać transformacje bohatera. Wygląda na to, że liczba kombinacji jest olbrzymia...

Krok 12:
Napój Incubusa? A co to robi..?

Krok 13:
...
......
.........
Mwahahahaha!
Teraz mój bohater ma już DWA penisy.
A mam wrażenie, że gra dopiero się rozkręca.

Krok 14:
Po dłuższym czasie, pełnym najróżniejszych scen pornograficznych, dojść do wniosku, że CoC jest genialną grą.
Każda turowa gra, w której bohater może wyhodować sobie nie dwa, nie trzy, nie pięć, a OSIEM (lub więcej) penisów, jest po prostu dziełem sztuki.

Krok 15:
Zamiast uninstall - czekać na release następnej wersji.

poniedziałek, 27 października 2014

Gabriel Knight 20th anniversary, krok po kroku

Krok 1:
Przypomnieć sobie, że pisało się kiedyś o grach Jane Jensen. Że postanowiło się nie wracać do pierwszego Gabriela Knighta, bo zbyt miło się go wspomina i szkoda psuć te wspomnienia.

Krok 2:
Położyć łapska na nowym, poprawionym wydaniu Gabriela. Tylko po to, żeby sprawdzić, co się zmieniło w stosunku do oryginału.

Krok 3:
Pierwsza zmiana - grafika w bardziej współczesnej rozdzielczości. Z pozoru wygląda ładniej ale... Cóż, gra straciła trochę klimatu. W oryginale miejsce akcji (Nowy Orlean) malowano ze sporą dozą fantazji. Wszystko wyglądało bardziej mrocznie, emanowało aurą gotyku. Teraz twórcy postanowili trochę zwiększyć realizm i nagle zrobiło się mniej ponuro, bardziej kolorowo i po prostu nudniej.

Krok 4:
No dobra, jeszcze tylko chwila i uninstall - nie warto tracić czas na grę przygodową, którą się w miarę dobrze pamięta.

Krok 5:
Kolejna zmiana na gorsze - brak oryginalnej obsady. Zamiast Skywalkera, Worfa i Pennywise'a mamy teraz nieznanych aktorów. Fakt, starają się naśladować oryginał, ale czuć, że to hoop cola, a nie pepsi. Drobna poprawa - narratorka jest nieco żwawsza, nie trzeba czekać całej minuty, aż odczyta pojedynczą kwestię.

Krok 6:
Następna zmiana - zlikwidowano dyktafon, na który Gabriel nagrywał wywiady, zamiast tego mamy zwykły notes. Poza tym uproszczono niektóre zagadki, mam wrażenie że jedna czy dwie w ogóle zniknęły, i zupełnie zmieniono tempo akcji. Poprzednio pierwszego dnia było mnóstwo rzeczy do roboty, a zdaje się że trzeciego jedna czy dwie. Teraz równomierniej rozłożono obciążenie na wszystkie dni - choć miejscami widać, że wykonano to sztucznie.
Podobno dodano osiem nowych zagadek. Zauważyć tylko dwie z nich (układanie literek u Moonbeam, oraz nonsensowna, prostacka i nudna układanka w Schloss Ritter).

Krok 7:
Dobrze, zaraz będzie uninstall. Jeszcze tylko sprawdzić, jak teraz wygląda ta idiotyczna scena z dostawaniem się do biura Mostleya...

Krok 8:
Tutaj duży plus. Zupełnie zmieniono tę sekwencję, teraz jest bardziej jak z horroru, a nie jak ze slapsticku. Za to naprawdę można ten remake pochwalić. No i za to, że tym razem w Schloss Ritter nie pada śnieg w czerwcu.

Krok 9:
Przypomnieć sobie, że niezależnie od drobnych poprawek każdy remake to samo zło i postanowić odinstalować grę... Jak tylko sprawdzi się, jaki bonus jest w następnej lokacji...

Krok 10:
Złapać się na tym, że gra się tylko dla bonusów. W każdym miejscu, które Gabriel może odwiedzić, można otworzyć notes i kliknąć zakładkę z gwiazdką. I tam znajdują się różne "smaczki" - albo storyboardy, albo oryginalne szkice, albo fotografie z planu (bluescreenu do motion capture), czy nawet wywiady z członkami oryginalnej ekipy. Te ostatnie są w kiepskiej jakości, pełne pauz, gdy przepytywani zbierali myśli i szukali odpowiedzi... Ale i tak chce się ich wysłuchać, przecież jest się fanem gry, right?

Krok 11:
Usłyszeć w wywiadzie z Jane Jensen, że tak naprawdę ten remake ma służyć jednemu. Jeśli dobrze się sprzeda, Pinkerton Studios będzie mogło lobbować w Activision zlecenie na czwartą część Gabriela.

Krok 12:
Dojść do końca gry z mieszanymi uczuciami. Gra jest OK, ale oryginał też taki był. Jedyny powód, aby grać w remake, to bonusy w zakładce z gwiazdką. No i może dla niektórych niska rozdzielczość jest zbyt niestrawna, wtedy nowa wersja ma sens. Dojść do ogólnego wniosku, że pieniądze można wydać na kilka o wiele przyjemniejszych rzeczy.

Krok 13:
Uninstall.

środa, 18 czerwca 2014

Hearthstone krok po kroku

Krok pierwszy:
Założyć konto na battle.necie - czyli sprzedać duszę (a przynajmniej dane osobowe) Blizzardowi.
Albo wycyganić hasło od kogoś, kto już ma konto, ale po Pandarii, pseudoDiablo, i ułamku nowego Starcafta policzył, ile zapłacił za chujowe gry - i nigdy już nie zamierza grać w produkty Blizzbandytów.

Krok drugi:
Instalacja.

Krok trzeci:
Po usłyszeniu beznadziejnego polskiego dubbingu, przeszukanie forum i znalezienie instrukcji, jak zmienić wersję językową na angielską.

Krok czwarty:
Sprawdzenie, jak według Blizzdzierców wygląda model free-to-play.
Wygląda tak: albo setki godzin bezmyślnego pieprzonego grindu, albo zapłacić tak z czterdzieści euro, żeby kupić dość expert pack'ów. Bez tego będziesz wygrywać mniej więcej jedną walkę na dwadzieścia.

Krok piąty:
Po obowiązkowej, odblokowującej wszystkie klasy postaci serii walk z komputerem, w końcu przechodzimy do walk z najbardziej wrednymi, obrzydliwymi istotami w znanym kosmosie. Z innymi graczami.

Krok szósty:
Z zadowoleniem odkryć, że inni gracze nie mogą wyzywać Cię od noobów. Komunikacja między obcymi sobie graczami jest ograniczona do kilku standartowych tekstów, nadawanych myszką. Najmądrzejsza rzecz w całym Hearthstonie. Przydałaby się w innych grach MMO.

Krok siódmy:
Rozgrywka z żywym przeciwnikiem.
Gra turowa. Gracz ma dokładnie jedną minutę na zagranie kartami na stole, wyłożenie kart z ręki i użycie specjalnej umiejętności swojej postaci. Rzadko się zdarza, aby aż minuta była potrzebna, kilkanaście sekund wystarczy. Ale...
Jak wkurwić przeciwnika, coby zaczął popełniać błędy? Czekać prawie minutę i w ostatniej chwili, szybciutko zagrać. A w następnej turze to samo... Średnio co drugi gracz na jakiego trafiłem, stosował tę taktykę. Jeśli miałem dość czasu, odpowiadałem tym samym.

Krok ósmy:
Zorientować się, że masz szanse wygrać tylko, jeśli walczysz przeciw komuś z mniejszym portfelem albo krótszym stażem. Inni oponenci mają w talii po cztery pomarańczowe (legendarne) karty, no i nie popełniają głupich błędów. Można liczyć tylko na fuksa, że karty przyjdą w niezwykle fartownej dla Ciebie, a pechowej dla przeciwnika kolejności.
Zresztą, nawet jeśli masz dobrą talię, ogarniasz zasady i nie popełniasz błędów, w pełni wykorzystujesz efekty przypisane kartom... Nawet wtedy więcej zależy od fuksa, niż od Twoich umiejętności.

Krok dziewiąty:
Usłyszeć plotkę, że planowany dodatek do darmowej gry będzie de facto kosztować koło siedemdziesięciu euro. To zapewne nieprawda, ale doświadczenia z Blizzardem podpowiadają, że wszystko jest możliwe.

Krok ostatni:
Zastanowić się, czy coś tak wtórnego i czasochłonnego (jeśli nie chce się płacić za szybki dostęp do lepszych kart), jest warte zachodu.
Poczekam na ten nieszczęsny dodatek, jeśli sprawdzą się plotki, następnym krokiem będzie uninstall.

środa, 11 czerwca 2014

Wildstar, krok po kroku

Krok pierwszy: przekonać mnie, żebym w ogóle zagrał.

- Człowieku, ja nie cierpię ememoerpegerów. Ostatnim razem grałem w to cholerstwo, jak kupiłem Burning Crusade i opłaciłem dwa miesiące abonamentu WoWa, zresztą to ty mnie namówiłeś...
- No ale przecież ci się podobało, nie? Grałeś codziennie.
- Bo wyliczyłem, że każdy dzień aktywnego konta kosztował mnie jedno piwo. Nie mogłem tego zmarnować i zwyczajnie nie grać.
- Ale miałeś chyba z osiem postaci...
- Bo żadną nie grało mi się dobrze. Nudziłem się, jak latałem między miastami, frustrowałem, kiedy jakiś fiut z Alliance z sześćdziesiątym levelem wpadał i kładł trupem mnie, innych graczy i wszystkich NPCów, poza tym nie podobało mi się, że jeśli wybieram gnoma, to muszę być w Alliance, a nie mogę wybrać swojej strony konfliktu, wkurzała mnie wtórność questów, nudny crafting, doprowadzała mnie do szału konieczność zakładania party z jakimiś pajacami, żeby rozwalić bossa...
- Ale to było tyle lat temu... Przecież WoW wyszedł w 2004... Teraz ten Wildstar ci się spodoba. Poza tym to tylko pass na parę tygodni, ślubu z tym nie bierzesz i nic cię to nie kosztuje.
- To daj tego passa komuś, komu się to spodoba.
- Razem z kolegami mamy w sumie z pięć passów, których nie ma już komu dać. Bierz i nie wybrzydzaj.
- Dobrze, dobrze...

Krok drugi: odpalić downloada i zająć się czymś miłym, albo pożytecznym. To chwilę potrwa.

Krok trzeci: Tworzenie postaci, początek rozgrywki... zrobiłem ledwo piąty level engineerem/settlerem i mam zwyczajnie dość...

... od premiery WoWa minęło dziesięć lat. Powtórzę wyraźnie: 10 lat.
Z mojego punktu widzenia oto, jakie w tej dekadzie zaszły zmiany w dziedzinie ememoerpegerów:
- trochę ładniejsza grafika. Ale wciąż tak kolorowa, że aż mdła, momentami na ekranie taki zamęt, że ja, stary człowiek, który żywot gracza zaczynał od River Raid na Atari, nie potrafię się połapać co tak właściwie się dzieje.
- Minimalnie zmieniony system klasy/profesji.
- Bardziej zręcznościowy model walki.

I tyle. Jak dla mnie, Wildstar to klon WoWa, tyle że z doklejonymi śrubkami i antenkami, żeby udawać s-f.
Poza tym, kiedy zacząłem grać, miałem wrażenie, że to otwarta beta. Menu raz działa, raz nie, nagrody za challenge raz da się odebrać, raz nie, quest tracking raz działa, raz nie, serwer laguje, jak gimnazjalista wywołany do odpowiedzi...
Teraz usłyszałem, że to nie beta, tylko pełna wersja. 'nuff said.

Krok czwarty: uninstall.

środa, 14 maja 2014

Gry Jane Jensen

Wyobraź sobie, że jesteś ochroniarzem. Masz czarny garnitur, łeb ostrzyżony tuż przy skórze, lustrzane okulary, słuchawkę w uchu i tajemnicze wybrzuszenie pod pachą. Stoisz na bramce - do obiektu wolno wpuścić tylko tych ludzi, którzy mają przepustkę i ich nazwisko znajduje się na liście, którą masz w służbowym iPadzie.

Podchodzi do ciebie facet mówiący z obcym akcentem. Chce wiedzieć, czy może wejść do środka. Grzecznie tłumaczysz mu reguły: przepustka i jego nazwisko na liście. Bez tych rzeczy może sobie popatrzeć na zewnętrzne ściany.

Facet uśmiecha się przebiegle i proponuje, że może jakoś uda wam się dojść do porozumienia - a w dłoni trzyma portfel.

Co robisz?

Grzecznie, ale stanowczo odmawiasz.

Mija nieokreślony czas. Ten sam facet wraca, ale tym razem ma przepustkę, a jego nazwisko jakimś cudem zostało wprowadzone na listę.

Co robisz? Spławiasz cwaniaczka? Wzywasz szefa ochrony, żeby przyjrzał się sprawie?

Nie. Kłaniasz się i wpuszczasz go do środka. Nawet nie zamierzasz przyglądać się, czy podejrzany facet coś knuje. Przecież miał przepustkę - co z tego, że wkrótce pojawi się tu inny facet, wkurzony, bo gdzieś zginęła jego przepustka - no i był na liście, co z tego, że jego nazwisko pojawiło się na niej przed chwilą?

Czemu zachowujesz się jak debil?

Bo tak działają przygodówki. W powyższym przypadku cwaniaczkiem jest główny bohater gry, a ochroniarz ma za zadanie tylko wydłużyć czas rozgrywki. Jego zachowanie nie musi mieć za dużo sensu. Nikogo nie obchodzi, czy stracił pracę wskutek działań bohatera.

*

King's Questy jakoś mnie ominęły.

*

Gabriel Knight: Sins of Fathers wciąż pozostaje jedną z moich ulubionych gier. Pierwszy raz przeszedłem zwykłą, pospolitą wersję jeszcze na komputerze z procesorem 486. Po raz drugi przeszedłem Gabriela, gdy do jakiegoś czasopisma dodano zdigitalizowaną, w pełni udźwiękowioną wersję. Grał w niej startrekowy porucznik Worf, Mostley mówił głosem Marka Hamilla, a samego Gabe'a grał Tim Curry.

Podobała mi się fabuła. Lubiłem głównego bohatera. Co najciekawsze, sporo dowiedziałem się o voodoo i zafascynowałem się Nowym Orleanem. Był wprawdzie jeden moment frustrujący - niemal zręcznościowa ucieczka przed mumiami w afrykańskim grobowcu, ale jakoś to przetrwałem.

Podejrzewam, że gdybym teraz spróbował zagrać, okazałoby się, że nie trawię pierwszej odsłony przygód pana Knighta - więc zamierzam cieszyć się wspomnieniami i nie niszczyć ich, przechodząc grę obecnie.

*

Gabriel Knight 2: The Beast Within był lewiatanem na bodaj sześciu kompaktach. Nie miałem okazji w niego zagrać, dopóki w zeszłym roku nie zainstalowałem wersji z GOGa. Tak więc druga gra z cyklu była ostatnią, z jaką się zetknąłem.

Gra wygląda fatalnie - była taka chwilowa moda na zatrudnianie bardzo tanich i niezbyt dobrych aktorów, żeby występowali w grach. Ponieważ wtedy z kompresją danych bywało różnie, więc wszystkie cutscenki są zgwałcone przeplotem. Udźwiękowienie jest takie sobie - co staje się problemem, bo nie da się włączyć napisów i czasem ciężko zrozumieć, co mamroczą bohaterowie.

Sama fabuła jest średnia - Wagner, wilkołaki i wyjący gay-dar, gdy Peter J. Lucas gra barona, który niemal otwarcie przystawia się do Gabriela...

Akcja ma miejsce w Niemczech. Główny bohater jest Amerykańcem, który ni w ząb nie chwyta germańskiego. Zdumiewające, jak bardzo irytujące okazało się to, że ja rozumiałem szprechanie komputerowych ludzików, podczas gdy główny bohater cały czas zachowywał się jak sztampowy amerykański turysta i nawet nie próbował czegokolwiek zrozumieć.

Najbardziej dała mi w kość finałowa scena, gdy trzeba było odpowiednio zamykać drzwi, aby zaprowadzić wrogiego wilka do kotłowni. Przeszedłem, choć bez entuzjazmu i z niewielką satysfakcją.

*

Gabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned - nie ma to jak krótki, chwytliwy tytuł, nieprawdaż?

Tym razem to były chyba trzy kompakty, Gabriela i Mostleya znowu grali Pennywise i Luke Skywalker, a grafika wyglądała tak źle, jak nigdy wcześniej ani później. Gra padła ofiarą mody na Full 3D. Kłopot w tym, że w tamtych czasach komputery nie były tak mocne, jak wymaga tego ładna grafika 3D, więc całość jest ordynarnie paskudna. Wciąż pamiętam sześciokątny reflektor motocykla, zamiast choćby w miarę okrągłego.

Sterowanie było pochrzanione - osobno kierowało się kamerę, osobno Gabriela, interfejs był dziwaczny... Ogólnie sprawy nie przedstawiały się za dobrze.

Na szczęście zagadki były na sensownym poziomie, a sama fabuła wyprzedziła swój czas - cała heca polega na tym, że Święty Graal, jako naczynie, w którym znajdowała się krew Chrystusa, to metafora, pod którą kryją się jego potomkowie. Przypomnę, że "Kod DaVinci" powstał wiele lat później. Dzięki autorce przygód Gabriela, Jane Jensen, "dzieło" Dana Browna nie zaskoczyło mnie niczym - jeśli nie liczyć jego popularności, której wciąż nie mogę zrozumieć. Poza tym w grze pojawiają się wampiry - znowu, na wiele lat przed boomem na "Twilight", błyszczące wampirki i zniewieściałe wilkołaki.

Ogólnie gra zostawiła mnie z przewagą wspomnień miłych nad nieprzyjemnymi.

*

Gray Matter.

Chyba moja ulubiona gra Jane Jensen.

Od razu polubiłem bohaterkę - młodą iluzjonistkę z nieprzyjemnym bagażem doświadczeń. Podobała mi się fabuła i miło wspominam zagadki. Po raz pierwszy (i jak na razie ostatni) grafika w grze sygnowanej nazwiskiem "Jensen" naprawdę mi się podobała - taka wieża Carfax wyglądała lepiej w grze, niż w rzeczywistości.

Mój jedyny problem polegał na tym, że gra była za krótka - przeszedłem ją zbyt szybko, a drobne potknięcia zdarzyły mi się w labiryncie tajnego stowarzyszenia iluzjonistów.

*

Cognition: Erica Reed Thriller... nie była grą Jane Jensen. Autorka Gabriela była tylko konsultantką do spraw fabuły - i moim zdaniem nie spisała się na tym stanowisku zbyt dobrze.

Gra w odcinkach, oparta na tak "wspaniałym" silniku, że co kilka minut zdarzały się dziwaczne tańce, lewitacje i przenikanie przez obiekty w wykonaniu głównej bohaterki. Do tego fabuła, która była w najlepszym wypadku średnia. I przybywające z części na część kolejne udziwnienia - najpierw bohaterka rozwija swoje moce paranormalne, potem zdobywa punkty sympatii, do tego dokonuje czegoś w rodzaju astralnych podróży w czasie... A wszystko po to, żeby odkryć, że mordercą jest ta osoba, która śmierdziała mordem i psychopatią od samego początku.

Patrząc na to z perspektywy minionego czasu: należało przejść pierwszą część gry i dać sobie spokój. Godzin zmarnowanych na ciąg dalszy już nigdy nie odzyskam...

*

I tak dochodzimy do Moebiusa.

Może jest za wcześnie, że by wydawać ocenę. Nie przeszedłem jeszcze całej gry - mam za sobą ledwie trzy rozdziały (i nie wiem, ile jest ich w sumie...) Sęk w tym, że chyba na tych trzech rozdziałach moja przygoda z Moebiusem się skończy.

Przytoczona we wstępie do tego teksu scena pochodzi właśnie z Moebiusa. I wcale nie jest najbardziej nonsensowną i irytującą jego częścią.

Zacznę od zalet: Tła są namalowane ładnie i czytelnie. Koniec zalet.

A teraz litania wad. Gotowi?

Zacznijmy od bohatera. Mister Rector jest znawcą i specem od wyceny antyków, co sprawia, że ma tyluż przyjaciół, co wrogów. Na razie nieźle. Teraz zaczynają się schody: Rector jest geniuszem, ma fotograficzną pamięć i słabo rozwinięte zdolności interpersonalne.

Ujmę to tak: autor, który pisze geniusza, wpada w prostą pułapkę. Mianowicie, sam nie jest geniuszem - gdyby był, wynajdywałby lek na raka i napędzane facebookowymi lajkami samochody, a nie pisał kiepską prozę. I wcześniej czy później znajdzie się jakiś czytelnik, który ma IQ choć trochę powyżej przeciętnej, sporo filmów widział, przeczytał jeszcze więcej książek... i doskonale widzi, że sam jest o wiele bystrzejszy od bohatera, rzekomego geniusza.

Rector chyba próbuje być momentami sarkastyczny - ale ja odbieram go jako pompatycznego dupka*, któremu do doktora House'a daleko.

Mówiąc krótko, nie lubię bohatera. Do tego dodajmy fakt, że nasz Rector ma zaburzenia emocjonalne, na które bierze prochy - i wygląda to tak, że rozgryzłeś zagadkę, wchodzisz do pomieszczenia, z którego chcesz zabrać nożyczki, których nie mogłeś wziąć wcześniej, bo pan Rector odmawia noszenia przy sobie czegokolwiek pożytecznego, jeśli nie widzi dla tego natychmiastowego zastosowania... Więc, jesteś poirytowany, niepotrzebnie tracisz czas, żeby wrócić do lokacji, w której już byłeś, wchodzisz do środka... i przez kilkanaście sekund nic nie możesz zrobić, bo włącza się animacja Rectora wyciągającego z kieszeni tabletki i łykającego jedną.

Będę naprawdę zdumiony, jeśli za rozdział albo dwa pan Rector nie straci dostępu do leków i nie zacznie mu odpieprzać. Kłopot w tym, że ja mogę stracić panowanie nad sobą wcześniej, a wtedy - PURGE THE UNCLEAN! EXTERMINATUS! Ehm, znaczy, uninstall.

Do tego dochodzi ochroniarz pana Rectora - taki Brock Samson**, tylko dużo, dużo gorszy, mniej zabawny i nudniejszy. Ujmę to tak: to facet, który zapytany przez atrakcyjną, samotną kobietę o to, czy jest gejem, odpowiada, że to nie jej sprawa, po czym odchodzi, zostawiając ją z rachunkiem za drinki.

Do tego elementy prawie zręcznościowe. Brock w pewnym momencie wspina się po linie, a ja musiałem gorączkowo szukać właściwych hotspotów i na nie klikać, żeby doświadczony żołnierz armii USA, gość z Sił Specjalnych, nie stracił równowagi. Zaśmierdziało Quick Time Eventem - a tego smrodu nienawidzę z całego serca.

Do tego engine gry - animacja postaci jest fatalna. Ręce i nogi nie mają stawów, za to całe kończyny są najwyraźniej wykonane z plasteliny. Plus standard: dziwaczna mimika i beznadziejny lip-sync.

Do tego fabuła: ta cała teoria, na której opiera się opowieść, ta idiotyczna reinkarnacja dla ubogich... Niestety, za cholerę do mnie nie przemawia.

Zamiast podsumowania:
Na samym początku gry jest taki moment, w którym Rectora próbuje zwerbować szef tajnej organizacji. Mogłem odpowiedzieć że się nie zgadzam.
Tak uczyniłem.
I nic. Nie mogłem nic zrobić. Nie wydarzyło się nic, co miałoby zmotywować bohatera, aby przyjął dziwaczne zlecenie.
Miałem tylko wybór - snuć się między dwoma pustymi miejscami i zanudzić się na śmierć, albo wrócić do zleceniodawcy i bez słowa wyjaśnienia przyjąć robotę.
Kawał solidnego pisarstwa.

Szkoda. Jane Jensen stać na o wiele więcej.



--------------
* Właśnie - skoro JA odbieram w ten sposób głównego bohatera Moebiusa, jak muszą go odbierać ludzie pozbawieni moich cech... no dobrze, moich wad charakteru?
** Jeśli nie wiesz, kim jest Brock, musisz nadrobić zaległości na polu oglądania kreskówek dla dorosłych geeków.

czwartek, 30 stycznia 2014

"The Witcher 2" krok po kroku

Kroki:

1. Instalacja - bezproblemowa.

2. Intro. Filmik może nie ma sensu, ale wygląda fantastycznie.

3. Nowa gra.

4. Interfejs zaprojektowany z myślą o Scrotumianach z planety Hairysweatyballs. Na pewno nie testowano go na istotach ludzkich, bo ktoś zwróciłby uwagę, że jest idiotyczny.

5. Poprawili system savegame'ów..? Nie. Dalej jest tak chujowy, że sranie jeżozwierzami to w porównaniu z nim przyjemność.

6. Panel sterowania - uninstall.

Szanowny CD Projekcie!
Zagrajcie w Baldur's Gate i zobaczcie, jak tam wyglądają save'y. Można tworzyć ich do woli, można nadawać im nazwy, można prowadzić - jeśli ma się taką fantazję - sześć rozgrywek z sześcioma postaciami jednocześnie.
A jeśli chcecie mieć NAPRAWDĘ dobry system save'ów - odgapcie od Mass Effect i Dragon Age. Każda postać - a to podobno erpeg, więc o prowadzenie postaci chodzi - ma własny profil, własną przegródkę z save'ami i własnego autosave'a. Nawet chciwe dupki z EA potrafiły to zrobić porządnie.

Tak czy inaczej, nie żałuję. Po prostu już wiem, że jak CDP zrobi Cyberpunk, to nie warto marnować nań pieniędzy.

A z grą nie wiązałem i tak nadziei. Jak już kiedyś pisałem, nie lubię wieźmaka.
Pieprzyć Geralta.

Teraz zamierzam dać szansę Gamedecowi.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

To NIE jest recenzja "Wiedźmina"

Kilka tygodni temu nastąpił w moim życiu ten moment, w którym wiatraczek na wiekowej karcie graficznej zaczął terkotać głośniej, niż diesel w śmieciarce. W tym właśnie momencie człowiek może powiedzieć albo "trudno, przesiadam się na stałe na wiekowy laptop toshiby, muszę kupić do niego jakąś kartę sieciową, czy coś", albo "jebać saldo debetowe, kupuję współczesną grafikę". Tak więc sprawiłem sobie napakowaną sterydami kartę graficzną, z radiatorem dość dużym, aby ochłodzić nim silnik forda capri.

A to oznacza, że wreszcie miałem okazję zagrać w te wszystkie gry, które w ostatnich latach mogłem oglądać jedynie na screenshotach. Jednym z tytułów był hołubiony przez polską prasę branżową "Wiedźmin".

Nie obiecywałem sobie dużo. Dawno temu, gdy gra dopiero powstawała, łudziłem się, że może być fajnie, że będzie odmiana od łażenia i wybijania mieszkańców krain Forgotten Realms, Elder Scrolls, czy innych Might & Magic. Potem okazało się, że gracz będzie skazany na wcielanie się w książkowego wiedźmina Geralta. Muszę tu wyjaśnić jedną czy dwie rzeczy. Po pierwsze, nie cierpię Geralta. Proza Sapkowskiego, choć nie pozbawiona słabych punktów, w sumie przypada mi do gustu, uwielbiam napisane przez niego dialogi, podoba mi się poczucie humoru... Tylko Geralta nie cierpię. Białowłosy dupek jest silny, doskonale walczy, jest mroczny, zawsze świetnie sobie radzi, wszystko, co ma biust i pochwę opuszcza przed nim majtki i tylko marzy o wychędożeniu przez niepokonanego, legendarnego zabójcę potworów - krótko mówiąc, nie jest to bohater, z którym umiałbym się identyfikować, a tym bardziej taki, który wzbudzałby moją sympatię. Zbyt często czytając historię o wiedźminie odnoszę wrażenie, że Geralt jest tym, co anglosasi nazywają "Mary Sue". Jeśli jest postać której nie lubię bardziej, niż Geralta, to jest nią wkurzająca szmata Yennefer - ale, na szczęście, nie dotarłem w grze dość daleko, aby ją spotkać. Tak więc "Wiedźmin" już na wstępie zyskał duży minus, za brak wyboru głównego bohatera.

Nie potrafię streścić fabuły - przebrnąłem przez tutorial w wiedźminskim odpowiedniku Akademii Jedi, dostałem misję dopadnięcia jakiegoś czarownika, który skradł wiedźmińskie sprzęty potrzebne do mutowania małych wiedźminków, rozwiązałem problemy Podgrodzia, z trudem dostałem się do miasta Wyzima - tylko po to, żeby mnie zamknęli i wsadzili do pierdla. Z dołka wyszedłem po to, aby zatłuc jakiegoś ptakotwora w kanałach - i tam moja przygoda z "Wiedźminem" się skończyła.

W kanałach ostatecznie przekonałem się, że silnik gry jest do dupy. Geralt co rusz blokował się na ścianach, idiotyczny system walki, polegający na klikaniu we właściwym momencie (niezależnie, jak kliknąć, durny Geralt pudłował albo tracił rytm) doprowadzał do tego, że wiedźmak stał i chwiał się na nogach, podczas gdy kuropotwór spokojnie odgryzał mu klejnoty rodzinne. Gdy Geralt z uporem godnym lepszej sprawy usiłował wbiec w ścianę, nie zważając na moje polecenia, uprzejmie rzekłem "pierdolić to" - po czym odinstalowałem grę, która zresztą od początku bardziej przywodziła na myśl wrzód na dupie, niż elektroniczną rozrywkę.

Wyliczanka wad. Fatalne sterowanie (widok zza ramienia jest dla zręcznościowych graczy, czyli nie dla mnie; z kolei widok z góry cierpi na to samo, co dawca silnika, czyli Neverwinter Nights - klikasz, a kapryśny bóg decyduje, czy postać pójdzie tam, gdzie wskazywał kursor). Koszmarny system walki (ani to hack'n slash, ani Badlur's Gate, a wybijanie sekwencji pasuje do gier tanecznych, nie do rpg). Nie ma możliwości nazwania save'ów, co jest grzechem kardynalnym, gdy w tę samą grę gra więcej niż jedna osoba (jak, damy na to, bywa w typowej rodzinie). Czasy ładowania powalają na kolana - można klęknąć i odmówić trzy zdrowaśki, zanim załaduje się lokacja lub save. Podczas takiego ładowania zresztą, gra co najmniej trzy razy zawiesiła mi komputer na amen - a ja mam wstręt do programów, które zmuszają mnie do robienia twardych resetów. Modeli postaci jest około tuzina, podobnie z liczbą aktorów użyczających głosu tym zastępom klonów. Interfejs jest nieprzejrzysty, system medytacji irytujący, ekwipunek idiotycznie mały (a jeśli chcesz się bawić w alchemię i zbierać składniki, to masz przerąbane), nie da się zbierać złomu na handel, a każda postać żeńska, z którą styka się Geralt, niemal natychmiast mu się oddaje, na pamiątkę zostawiając erotyczne kartki, niczym w jakiejś erotomańskiej odmianie Magic: The Gathering (osobiście uzbierałem trzy sex-pocztówki, a nawet dobrze nie zacząłem gry). Sama opowieść zaczyna się w najbardziej wkurwiający i grafomański sposób: Geralt (tak graczu! To właśnie TY! Ciesz się, że grasz najbardziej zajebistym bohaterem polskiego fantasy!), otóż Geralt ma ni mniej ni więcej, tylko pieprzoną amnezję...

Są jednak dwie rzeczy, które w "Wiedźminie" mi się spodobały. Po pierwsze - grafika. Jest ładnie, projektanci postawili na realistyczny wygląd otoczenia, całość prezentuje się lepiej od "Neverwinter Nights 2". Po drugie - intro. Filmik obrazujący lepszą część pierwszego opowiadania o wiedźminie jest po prostu świetny, nawet jeśli łańcuch na ramieniu bohatera ma tendencję do pojawiania się i znikania bez uprzedzenia i sensu.

Podsumować mogę następująco: nawet, gdyby tę grę rozdawali jako dodatek do tych czasopism, które tak piały z zachwytu nad polską produkcją rpg, to i tak nie sprawiłoby to, aby spojrzał na ten tytuł przychylniej. Ta gra zamiast zapewniać rozrywkę, tylko męczy i frustruje. Karta graficzna jak na razie nie okazuje się zbyt dobrym zakupem - lepiej bawiłem się przy starych rpg'ach, które śmigały na moim poprzednim sprzęcie.