Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krok po kroku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krok po kroku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak kupić whiskey o zawartości alkoholu ponad 50 procent.

Krok 1:
Mieć "szczęście" i mieszkać przy ulicy, gdzie gazownia postanowiła wymienić swoją instalację pod jezdnią.

Krok 2:
Dostać pismo, w którym gazownia informuje, że w związku z planowaną modernizacją infrastruktury, będą łazić po domach, sprawdzać szczelność instalacji, łaskawie wystawiać opinie i ogólnie trzeba być specjalnie dla nich cały czas w domu. Poza tym zostać uprzejmie poinformowanym, że gazomierze zostaną przeniesione na zewnątrz budynków, a tam, gdzie to możliwe, zainstalowane w ogrodzeniach posesji. Ani przez chwilę nie uwierzyć w zapewnienia, że wszystkie prace zostaną wykonane na koszt gazowni.

Krok 3:
Przyjąć speców od gazu. Ponad dwa miesiące po tym, jak się zapowiedzieli.

Krok 4:
Dostać nagłej kurwicy, gdy spece wydadzą opinię, że w logicznym miejscu na ścianie nie wolno zamontować skrzynek z gazomierzami, bo jest zbyt blisko do instalacji elektrycznej.

Krok 5:
Dogadać się. Wskutek chwiejnego porozumienia goście z gazowni rozkopią ogród, położą nową, plastikową rurę z gazem, podepną ją tymczasowo do istniejącej instalacji, tej z gazomierzami w budynku.

Krok 6:
Dogadać się ponownie. Tym razem w grę już wchodzą pieniądze - ekipie trzeba zapłacić. Panowie muszą zainstalować komplet skrzynek na gazomierze, wypieprzyć dziury w ścianach, usunąć spore odcinki starych rur, na ich miejsce wspawać nowe.

Krok 7:
Czekać, aż umówiona ekipa będzie mieć czas.

Krok 8:
Bardzo długo czekać, aż ekipa w końcu będzie mieć czas.

Krok 9:
Ekipa się pojawia. Ponieważ ta robota to fucha, pojawiają się o siedemnastej i pracują do dziewiętnastej.

Krok 10:
I tak przez trzy dni.

Krok 11:
Gaz podłączony. Liczniki przeniesione. Portfel lżejszy o wartość laptopa średniej klasy. W ścianach cztery gigantyczne dziury, lekko połatane kawałkami gruzu i odrobiną pianki montażowej przez ekipę z gazowni. Do największej dziury można wcisnąć niewielkiego arbuza.

Krok 12:
Pożyczyć samochód, żeby kupić gips, gładź szpachlową, farbę, dwie szpachelki, dwa pędzle i wałek z kuwetą. No i drabinkę malarską.

Krok 13:
Nauczyć się rozrabiać gips.

Krok 14:
Nauczyć się usuwać gips z ubrania.

Krok 15:
Nauczyć się usuwać gips z włosów.

Krok 16:
Wyrzucić opakowanie po lodach, pełne gipsu, który w międzyczasie zaschnął.

Krok 17:
Nauczyć się usuwać zaschnięty gips ze szpachelek.

Krok 18:
Nabrać skrzywienia, dzięki któremu kupując lody nie patrzy się już na cenę, ani smak, tylko na pojemność i kształt opakowania.

Krok 19:
W końcu nauczyć się wypełniać mniejsze dziury gipsem.

Krok 20:
Wykombinować, jak zapchać dziurę giganta odpowiednio dobranymi kawałkami cegieł.

Krok 21:
Po rozważeniu możliwości zastosowania gipsu jako spoiwa, zdecydować się na zakup własnej pianki montażowej.

Krok 22:
Przeczytać instrukcje i ostrzeżenia na puszce pianki. Nabrać nikłej nadziei na koniec męczarni, przeczytawszy, że "podejrzewa się, że może powodować raka".

Krok 23:
Zapsikać przestrzeń między cegłami pianką, solennie sobie obiecując, że NIGDY, NIKOMU się nie przyzna do tego, że zamiast zaprawy, cegły są na piance.

Krok 24:
Odciąć nadmiar zaschniętej pianki.

Krok 25:
Wrócić do gipsowej ekwilibrystyki.

Krok 26:
W przypływie szaleństwa dokonać poprawek gładzią szpachlową.

Krok 27:
Spróbować wyrównać gładź przy użyciu papieru ściernego.

Krok 28:
Starannie wymyć oczy i przez dwa dni kaszleć pyłem.

Krok 29:
Pomalować całe pomieszczenie.

Krok 30:
Przez następne dwa dni znosić bóle nadgarstka, stawów i głowy.

Krok 31:

Kupić sobie butelkę Wild Turkey 101. Zasługujesz na nią.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Akira, krok po kroku

Krok 1:
Obejrzeć film "Akira", tak jakoś pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Krok 2:
W czasach obecnych przypomnieć sobie, że co najmniej osiemdziesiąt procent dialogów w filmie brzmiało tak:
- Kaneda!
- Tetsuo!

Krok 3:
Przypomnieć sobie, że film naprawdę się podobał. Kawał solidnego s-f.

Krok 4:
- Tetsuo!!
- Kaneda!!

Krok 5:
Przypomnieć sobie, jaką niesamowitą pracę wykonali animatorzy i rysownicy. Wciąż nie być pewnym, czy widziało się cokolwiek lepszego.

Krok 6:
- KANEDA!
- TETSUO!

Krok 7:
Wreszcie, po tylu latach położyć łapska na mandze.

Krok 8:



Krok 9:

Uznać, że "Akira" nadal jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie dała ludzkości Japonia. Niezależnie, czy mowa o filmie, czy mandze.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Corruption of Champions, krok po kroku

Krok 1:
Upewnić się, że ma się ukończone 18 lat.

Krok 2:
Wejść na stronę www.fenoxo.com. Można się porozglądać i ocenić, co to za ciekawy ląd... A następnie kliknąć zakładkę "play". Spośród wymienionych gier wybrać Corruption of Champions.

Krok 3:
Zorientować się, że gra jest flashowa, tekstowa i w zasadzie pozbawiona grafiki (jeśli nie liczyć garści małych sprite'ów i image packa, którego można ściągnąć, jeśli chce się grać z dysku, a nie w przeglądarce).

Krok 4:
Fabuła... Jest sporo tekstu, więc mocno skrócę. Jesteś czempionem wybranym spośród mieszkańców swojej wioski, który przez magiczny portal dociera do krainy demonów, gdzie ma żuć gumę i kopać tyłki.

Krok 5:
Gra w stanie ciągłego rozwoju, więc na chwilę obecną chyba nie ma jakiegoś solidnego endgame'u. Ale jako sandbox działa sprawnie.

Krok 6:
To w sumie cRPG, więc należy stworzyć postać. Wybrać płeć, cechy fizyczne, perki... I w drogę, kopać tyłki.

Krok 7:
Odkryć pierwszy objaw Wybitnej Gry - tury. Gramy bez pośpiechu, można spokojnie zapalić fajkę, wypić kawę, odebrać telefon... Relaks, mówiąc krótko. Każdy dzień naszego bohatera (lub bohaterki) zaczyna się o 6 rano, a kończy o 9 wieczorem. Każda tura trwa godzinę czasu gry (no, prawie każda, zdarzają się takie rzeczy, które zjadają więcej czasu, ale nieczęsto). Podczas tury można eksplorować krainę, albo odwiedzać odnalezione miejsca. W tychże miejscach można znaleźć npc'ów albo wrogów.

Krok 8:
Walka. Też turowa. Można atakować, bronić się, uciekać, używać umiejetności (jeśłi się je posiada), rzucać czary (jeśli się je zna), wreszcie można... No właśnie... Można doprowadzić wroga to seksualnego amoku, a wtedy staje się bezsilny. Zwycięstwo świętuje się całkiem dobrze napisaną pornoscenką.

Krok 9:
Po walce trzeba się wyleczyć. Można odpocząć w obozie, ale przecież szybciej jest łyknąć jakiś napój...

Krok 10:
W plecaku ma się kilka napojów. Zacząć od Equinum... O tak, podniosły się atrybuty bohatera, przybyło siły i wytrzymałości.... ale...
... hmm. Wygląda na to, że penis bohatera urósł. Logicznym krokiem jest wypicie drugiej dawki.
... hmmm. Ekhem... Wygląda na to, że teraz bohater nie ma już ludzkiego członka, tylko horsecocka.

Krok 11:
Z pewnymi obawami grać dalej. Przekonać się, że każdy przedmiot, który można zjeść lub wypić może zmienić atrybuty i wywołać transformacje bohatera. Wygląda na to, że liczba kombinacji jest olbrzymia...

Krok 12:
Napój Incubusa? A co to robi..?

Krok 13:
...
......
.........
Mwahahahaha!
Teraz mój bohater ma już DWA penisy.
A mam wrażenie, że gra dopiero się rozkręca.

Krok 14:
Po dłuższym czasie, pełnym najróżniejszych scen pornograficznych, dojść do wniosku, że CoC jest genialną grą.
Każda turowa gra, w której bohater może wyhodować sobie nie dwa, nie trzy, nie pięć, a OSIEM (lub więcej) penisów, jest po prostu dziełem sztuki.

Krok 15:
Zamiast uninstall - czekać na release następnej wersji.

poniedziałek, 27 października 2014

Gabriel Knight 20th anniversary, krok po kroku

Krok 1:
Przypomnieć sobie, że pisało się kiedyś o grach Jane Jensen. Że postanowiło się nie wracać do pierwszego Gabriela Knighta, bo zbyt miło się go wspomina i szkoda psuć te wspomnienia.

Krok 2:
Położyć łapska na nowym, poprawionym wydaniu Gabriela. Tylko po to, żeby sprawdzić, co się zmieniło w stosunku do oryginału.

Krok 3:
Pierwsza zmiana - grafika w bardziej współczesnej rozdzielczości. Z pozoru wygląda ładniej ale... Cóż, gra straciła trochę klimatu. W oryginale miejsce akcji (Nowy Orlean) malowano ze sporą dozą fantazji. Wszystko wyglądało bardziej mrocznie, emanowało aurą gotyku. Teraz twórcy postanowili trochę zwiększyć realizm i nagle zrobiło się mniej ponuro, bardziej kolorowo i po prostu nudniej.

Krok 4:
No dobra, jeszcze tylko chwila i uninstall - nie warto tracić czas na grę przygodową, którą się w miarę dobrze pamięta.

Krok 5:
Kolejna zmiana na gorsze - brak oryginalnej obsady. Zamiast Skywalkera, Worfa i Pennywise'a mamy teraz nieznanych aktorów. Fakt, starają się naśladować oryginał, ale czuć, że to hoop cola, a nie pepsi. Drobna poprawa - narratorka jest nieco żwawsza, nie trzeba czekać całej minuty, aż odczyta pojedynczą kwestię.

Krok 6:
Następna zmiana - zlikwidowano dyktafon, na który Gabriel nagrywał wywiady, zamiast tego mamy zwykły notes. Poza tym uproszczono niektóre zagadki, mam wrażenie że jedna czy dwie w ogóle zniknęły, i zupełnie zmieniono tempo akcji. Poprzednio pierwszego dnia było mnóstwo rzeczy do roboty, a zdaje się że trzeciego jedna czy dwie. Teraz równomierniej rozłożono obciążenie na wszystkie dni - choć miejscami widać, że wykonano to sztucznie.
Podobno dodano osiem nowych zagadek. Zauważyć tylko dwie z nich (układanie literek u Moonbeam, oraz nonsensowna, prostacka i nudna układanka w Schloss Ritter).

Krok 7:
Dobrze, zaraz będzie uninstall. Jeszcze tylko sprawdzić, jak teraz wygląda ta idiotyczna scena z dostawaniem się do biura Mostleya...

Krok 8:
Tutaj duży plus. Zupełnie zmieniono tę sekwencję, teraz jest bardziej jak z horroru, a nie jak ze slapsticku. Za to naprawdę można ten remake pochwalić. No i za to, że tym razem w Schloss Ritter nie pada śnieg w czerwcu.

Krok 9:
Przypomnieć sobie, że niezależnie od drobnych poprawek każdy remake to samo zło i postanowić odinstalować grę... Jak tylko sprawdzi się, jaki bonus jest w następnej lokacji...

Krok 10:
Złapać się na tym, że gra się tylko dla bonusów. W każdym miejscu, które Gabriel może odwiedzić, można otworzyć notes i kliknąć zakładkę z gwiazdką. I tam znajdują się różne "smaczki" - albo storyboardy, albo oryginalne szkice, albo fotografie z planu (bluescreenu do motion capture), czy nawet wywiady z członkami oryginalnej ekipy. Te ostatnie są w kiepskiej jakości, pełne pauz, gdy przepytywani zbierali myśli i szukali odpowiedzi... Ale i tak chce się ich wysłuchać, przecież jest się fanem gry, right?

Krok 11:
Usłyszeć w wywiadzie z Jane Jensen, że tak naprawdę ten remake ma służyć jednemu. Jeśli dobrze się sprzeda, Pinkerton Studios będzie mogło lobbować w Activision zlecenie na czwartą część Gabriela.

Krok 12:
Dojść do końca gry z mieszanymi uczuciami. Gra jest OK, ale oryginał też taki był. Jedyny powód, aby grać w remake, to bonusy w zakładce z gwiazdką. No i może dla niektórych niska rozdzielczość jest zbyt niestrawna, wtedy nowa wersja ma sens. Dojść do ogólnego wniosku, że pieniądze można wydać na kilka o wiele przyjemniejszych rzeczy.

Krok 13:
Uninstall.

środa, 6 sierpnia 2014

Reanimacja górala, krok po kroku

Warunek wstępny: nie jeździć na rowerze od osiemnastego roku życia, nie znać się na budowie roweru i nie znać specjalistycznego słownictwa.

Krok 1:
Usłyszeć "W garażu dziadka jest twój rower. Mamy go wyrzucić, czy go sobie weźmiesz?"

Krok 2:
Jaki, na pedałującego Cthulhu, rower?

Krok 3:
No, ten góral, co go dostałeś jeszcze w podstawówce*.

Krok 4:
To on nie zbiodegradował? Muszę to zobaczyć, jeszcze go nie wyrzucajcie.

Krok 5:
Obejrzeć osobiście (a nie na przykład za pomocą MMSa) powyższy rower. Góral, o dorosłej ramie, teoretycznie osiemnastobiegowy (3 zębatki z przodu, 6 z tyłu). Ocenić, że hamulce nadają się na złom, opony są sflaczałe i odkształcone, do tego jedna jest zdarta jak cnota partyjnego rzecznika prasowego, kierownica wydaje się pokryta tym, co obrasta zatopione wraki, linki zamiast stali składają się tylko z rdzy, jakieś stare kabelki od licznika i oświetlenia dyndają swobodnie, brakuje przedniego błotnika, szprychy są równie pordzewiałe, co linki, podobnie manetki i śruby dźwigni hamulców, z osłony tylnej przerzutki rdza odpada płatami... Ale obrzydliwe siodełko jest w doskonałym stanie, a po nieśmiałej próbie przestawienia manetki, przerzutka Shimano płynnie się przesunęła. Na ramie nie ma rdzy (jeśli nie liczyć tej blachy, do której montuje się nóżkę i płytkiego zarysowania na przednim widelcu, ale spawy wyglądają dobrze).
Przypomnieć sobie, że tak koło 1997 rozleciał się łańcuch, rower przez dwa lata stał, potem wymieniono łańcuch (na prawdopodobnie za krótki), przy okazji wymieniając siodełko na brzydkie, ale całe (oryginalne rozlazło się, gdy rower stał nieużywany). Po tych wymianach rower i tak nie jeździł, bo akurat zrobiło się prawo jazdy i nabrało się wiary, że jak podjedzie się pod szkołę poobijanym fiatem kombi, to wszystkie panny będą szaleć za świeżym kierowcą**.

Krok 6:
Zrobić listę wszystkiego, co jest do wymiany. Zaplanować full-service, łącznie z zeszlifowaniem starego lakieru i położeniem nowego, czarnego matowego.

Krok 7:
Znaleźć w Internecie sklep wysyłkowy, handlujący rowerami i częściami do nich. Zacząć podliczać, ile będą kosztować naprawy (z optymistycznym założeniem oszczędzania na robociźnie, dzięki własnoręcznemu montażowi nowych części).

Krok 8:
Przekroczyć osiemset złotych (zanim doszło się do takich ekstrawagancji, jak nowe błotniki, bagażnik, czy narzędzia do roweru, jak ściągacz wolnobiegu, skuwacz łańcucha, itp.)

Krok 9:
Sprawdzić, jakie rowery można kupić za osiemset złotych.

Krok 10:
Poświęcić ze dwa, trzy dni na wmawianie sobie, że to, co naprawi się własnoręcznie, będzie lepsze od marketowej tandety mieszczącej się w tym samym budżecie.

Krok 11:
Wyciągnąć rower z garażu, umyć i po raz pierwszy obejrzeć w świetle dnia. Odkryć, że syf z kierownicy, manetek i klamek zszedł niemal bez śladu. Napompować koła. Przejechać się.

Krok 12:
Stwierdzić, że korbowód pracuje cicho, przerzutki Shimano niemal działają (nie wskakuje najmniejszy bieg z tyłu). Uwierzyć, że może da się to wyregulować. Podkreślam - Shimano. Rower stoi kilkanaście lat nie używany, nie konserwowany, a przerzutki nadal działają. Tak właśnie zostaje się fanem marki. Przekonać się, że hamulców w zasadzie nie ma. Odkryć, jak surrealistycznie scentrowane są koła. Zaobserwować tajemnicze ruchy tylnej ośki i wyraźne telepanie wolnobiegu.

Krok 13:
Ograniczyć listę napraw. Uznać, że zamiast marnować czas, pieniądze i energię na naprawę kół, łatwiej będzie po prostu kupić nowe, razem z taśmami chroniącymi dętki, oponami i dętkami. Pogodzić się z koniecznością wymiany tylnego hamulca i linki do niego. Uznać, że ten łańcuch jest niegodny zaufania i postanowić od razu kupić inny. Odpuścić lakierowanie - na lakierze się nie jeździ.

Krok 14:
Nie kupować tego, co najtańsze. Nowy hamulec V-brake - Shimano, a nie jakieś bezfirmowe barachło. Koła - niedrogie, ale stożkowe. Nowy wolnobieg - znowu, Shimano. Opony - raczej tanie Schwalbe, ale z kevlarowymi zabezpieczeniami przed przebiciem. Linka hamulca - zamiast całkiem taniej, wybrać markę Clark's, bo raz, podobno jest szlifowana, utwardzana i pokryta teflonem, a dwa, ma dwie różne końcówki, któraś na pewno będzie pasować. Dętki - tutaj bez szaleństw, skoro i tak pewnie się je wkrótce przebije, mogą być niedrogie. Taśma ochronna - Continental. Końcówki na linkę hamulca - kilka sztuk, bo pojedyncza zginie jak nic. Łańcuch - oczywiście Shimano. Do tego ściągacz do wolnobiegu i skuwacz do łańcucha.
W sumie trochę ponad cztery stówki.

Krok 15:
Tydzień czekania na kuriera.

Krok 16:
Początek montażu. Cała robota ma się odbyć w jeden dzień - bo odbywa się w domu, w pokoju chwilowo opróżnionym właśnie w tym celu. Przed wieczorem pokój znowu musi wrócić do stanu używalności.

Krok 17:
Złożyć koła. Przekonać się, że taśma ochronna jest za szeroka. Ocenić, że w trójkomorowych stożkowych felgach dętka i tak nie dotyka nypli szprych. Pogodzić się z niepotrzebnym wydatkiem.

Krok 18:
Pamiętać, że opony mają bieżnik kierunkowy. Z przodu to żadna różnica (koło można obrócić), ale z tyłu trzeba patrzeć, co się robi. Najpierw złożyć tylne koło. Napompować.

Krok 19:
Spuścić powietrze z tylnego koła, zdjąć oponę i tym razem założyć ją prawidłowo.

Krok 20:
Wprowadzić na scenę starego górala. Zdjąć stare koła.

Krok 21:
Założyć tylne koło. Odkryć, że ośka jest o kilka milimetrów szersza od starej, więc trzeba się napracować, żeby sukę wsadzić w tylny widelec.

Krok 22:
Ocierając zalewający oczy pot zadać sobie pytanie "Czyj to był, kurwa, pomysł, żeby naprawiać to truchło?"

Krok 23:
Założyć przednie koło. Nieufnie przekonać się, że pasuje i przykręca się łatwo.

Krok 24:
Obrócić rower i przystąpić do demontażu hamulca. Teraz, po sprawdzeniu w Internecie, wiadomo już, że ten typ hamulca nazywał się chyba cantilever, lub podobnie. Próbować delikatnego demontażu, na wypadek, gdyby ten nowy V-brake nie chciał pasować, bo wtedy będzie można z powrotem założyć stary sprzęt i jakoś może go naprawić. Żeby to się udało, należy wygrać zaciętą bitwę z zardzewiałymi śrubami.

Krok 25:
Poddać się i przeciąć linki.

Krok 26:
Zorientować się, że stary pancerz linki jest o kilka centymetrów za krótki do miejsca, gdzie będzie tzw. fajka. Skląć głupotę, przez którą nie zamówiło się od razu nowego pancerza.

Krok 27:
Iść do lokalnego marketu i kupić byle jaką, uniwersalną linkę rowerową z pancerzem, taką za cztery złote. Linkę na dobrą sprawę można wypieprzyć od razu, ale ten cudowny, nowy pancerz - przyciąć do wymaganej długości.

Krok 28:
Założyć wstępnie V-brake na swoje miejsce. Odkryć, że mimo zapewnień na opakowaniu (better clearance for mud-guard), ramiona są za krótkie, aby zmieścił się między nimi błotnik. Wybrać: błotnik, albo hamulec.

Krok 29:
Aby dostać się do dolnej śruby błotnika, zdjąć tylne koło.

Krok 30:
Przekonać się, że śruba jest zapieczona na amen. Wytłuc spod niej błotnik młotkiem.

Krok 31:
Po raz kolejny założyć tylne koło. Tak, to ze zbyt szeroką ośką.

Krok 32:
Odstąpić i przyjrzeć się swemu dziełu. Wmówić sobie, że wcale nie potrzeba błotników. To tylko zbędny balast, tak samo jak bagażnik, oświetlenie, bidon, licznik, osłona przerzutki i dzwonek. Ochrzcić zmartwychwstającego górala "Superleggera"***.

Krok 33:
Jeszcze raz, czyj to był poroniony pomysł?

Krok 34:
Dokręcić ramiona hamulca do ramy. Odkryć, że nowe śruby (najkrótsze w ofercie) są i tak za długie. Zerwać gwint, rozważając wykombinowanie jakiś podkładek.

Krok 35:
Poświęcić kwadrans na przeklinanie.

Krok 36:
Wpaść na genialny pomysł i wykorzystać stare śruby do montażu nowych hamulców. Te na pewno będą mieć odpowiednią długość.

Krok 37:
Zerwać gwint ze starej śruby.

Krok 38:
Kolejny kwadrans na przeklinanie, złorzeczenie i obiecywanie sobie, że nigdy więcej nie będzie się czegokolwiek naprawiać własnoręcznie.

Krok 39:
Serio, czyj, do kurwy rowerowej nędzy, był to pomysł?

Krok 40:
Wykorzystać śrubę z przedniego hamulca, tego, którego i tak nie planowało się na razie używać, ani wymieniać.

Krok 41:
Poprowadzić nową linkę tak, jak szła stara. W instrukcji do V-brake'ów przeczytać, że dźwignie hamulca powinny być specjalnie przystosowane do V-brake'ów. Uznać, że dźwignia to dźwignia, linkę ciągnie, nieważne, cantilever, czy V-brake. Przyczepić linkę do starej dźwigni.

Krok 42:
Poświęcić ponad pół godziny na ustawienie klocków hamulcowych, ramion hamulca i naciągu linki.

Krok 43:
Przyciąć nadmiar linki. Przekonać się, dlaczego kosztowała osiem złotych, a nie trzy: żeby przeciąć tanią linkę, wystarczyło raz zacisnąć szczypce. Żeby przeciąć tę za osiem zeta, należało zrobić to cztery razy.

Krok 44:
Przekonać się, że jedyna spodziewana katastrofa się nie wydarzyła: nie zginęła końcówka na linkę, do tego dała się założyć tak łatwo, jak nic innego tego dnia.

Krok 45:
W instrukcji V-brake'a napisano, że należy dziesięć razy nacisnąć dźwignię hamulca, żeby przekonać się, czy wszystko działa. Po dwukrotnym zaciśnięciu wynieść Superleggerę na zewnątrz i przejechać cztery i pół kilometra.

Krok 46:
Ze zdumieniem odkryć, że wszystko chyba działa.
Przynajmniej na razie.

Krok 47:
Być dumnym z reanimacji, jednocześnie cały czas zastanawiając się, czy nie należało spisać staruszka na straty i zimą, poza sezonem, na jakiejś wyprzedaży kupić coś nowocześniejszego.

Krok 48:
Przypomnieć sobie, że nie wymieniło się łańcucha. Uznać, że zrobi się to, jak obecny łańcuch się rozleci.



--------------------
* Nie pamiętam dokładnie w którym roku, ale kosztował 5 milionów i 250 tysięcy złotych. Znaczy, to było przed denominacją, kiedy wszyscy byliśmy milionerami. Więc pewnie koło roku pańskiego 1994.
** Zdumiewające, ale było to mylne przekonanie. Najwyraźniej coś było bardzo nie w porządku z dziewczynami z mojej szkoły.
*** Na ramie jest napis "Made in Italy". No to Superleggera.

środa, 23 lipca 2014

Szybkowar, krok po kroku

Jak zacząć przygodę z szybkowarem.

Krok 1:
Wypatrzeć w ulotce okolicznego supermarketu szybkowar, rzekomo tańszy o 50%.

Krok 2:
Nieopatrznie wspomnieć o tym komuś z rodziny i dać się przekonać, że szybkowar to tańsze, zdrowsze i smaczne jedzenie.

Krok 3:
Kupić szybkowar, nie zdając sobie sprawy z tego, jak ciężki to skurwiel, po czym nieść go przez jakieś dwa kilometry do domu w rękach.

Krok 4:
Przekonać się, że instrukcja, choć po angielsku, jest nie do końca zrozumiała - a z pewnością niejasna w kwestii czyszczenia zaworu. W innych punktach tekst sam sobie czasem przeczy. Odkryć, że uszczelkę trzeba wymieniać co rok. Zorientować się, że nie wiadomo, gdzie kupić tę cholerną uszczelkę.

Krok 5:
Dopiero teraz zwrócić się do Googla Wszechmocnego i zbadać temat.

Krok 6:
Znaleźć firmę, która sprzedaje szybkowary, ma duży asortyment, w tym uszczelki i zawory do sprzedawanych modeli, poza tym umieszcza na swojej stronie całą książkę kucharską przepisów na dania z szybkowaru. Odkryć, że za te same pieniądze, co w supermarkecie dało się kupić szybkowar o sensowniejszej pojemności, z lepszymi zabezpieczeniami i później bez trudu da się zamówić do niego odpowiednią uszczelkę.

Krok 7:
Pogodzić się z problemem uszczelki i w końcu zdecydować się ugotować coś w szybkowarze. Na początek, powiedzmy ziemniaki - bo są tanie, a jak się rozgotują, to można udawać, że od początku chciało się zrobić puree.

Krok 8:
Nerwowo, wielokrotnie przeczytać instrukcję, cały czas wyobrażając sobie, jakie obrażenia można ponieść wskutek eksplozji i poparzeń parą wodną.

Krok 9:
Przygotować telefon na wypadek konieczności wzywania pomocy.

Krok 10:
Nastawić te pieprzone ziemniaki, na kóre i tak nie ma się apetytu.

Krok 11:
Czuć się jak saper w obliczu niemieckiego niewypału, wpatrując się w szybkowar, stopniowo nabierający temperatury.

Krok 12:
Zawór bezpieczeństwa się zamyka, przez chwilę nic się nie dzieje - czekać, aż narastające ciśnienie pary rozerwie garnek na strzępy, eksplozja pośle parę, bryłki ziemniaków i wodę o temperaturze 120 stopni w twoją stronę.

Krok 13:
Z lekkim zdziwieniem i nieufnością przekonać się po kilku minutach, że regulator ciśnienia jednak działa, wypuszczając ze wściekłym sykiem nadmiar pary.

Krok 14:
Przypomnieć sobie, że gdy tylko regulator zaczął syczeć, należało ustawić timer, żeby nie rozgotować upiornych ziemniaków.

Krok 15:
Zgadywać, czy minęło już dość czasu, po czym zgasić palnik i czekać, aż opadnie nadmiar ciśnienia.

Krok 16:
Ręcznie spuścić resztkę pary z szybkowaru, ostrożnie przekręcając regulator. Prawidłowo wykonuje sie to z ciężką rękawicą kuchenną na łapie, kucając przy kuchence, aby spodziewana eksplozja pary przeleciała nad głową.

Krok 17:
Ze zdumienim stwierdzić, że para jednak nie eksplodowała i nie poniosło się żadnych szkód na ciele - choć co do umysłu ciężko mieć pewność.

Krok 18:
Przekonać się, że ziemniaki są ugotowane i jadalne, ale co z tego, jeśli wskutek stresu żołądek jest tak ściśnięty, że obiad nie wchodzi w grę? Zauważyć, że nie przygotowało się na obiad nic poza tymi ziemniakami. Rozważyć i odrzucić zamówienie pizzy.

Krok 19:
Znowu zacząć martwić się o dostępność uszczelki do posiadanego modelu szybkowaru.

Krok 20:
Następnego dnia, podczas biegania, zobaczyć ładną dziewczynę, idącą od strony supermarketu i dźwigającą taki sam szybkowar. Pocieszyć się, że nie jest się jedynym, który będzie musiał za rok skombinować tę wredną, chędożoną przez cuchnącego kundla, orzyganą przez plugawego żula uszczelkę.

środa, 18 czerwca 2014

Hearthstone krok po kroku

Krok pierwszy:
Założyć konto na battle.necie - czyli sprzedać duszę (a przynajmniej dane osobowe) Blizzardowi.
Albo wycyganić hasło od kogoś, kto już ma konto, ale po Pandarii, pseudoDiablo, i ułamku nowego Starcafta policzył, ile zapłacił za chujowe gry - i nigdy już nie zamierza grać w produkty Blizzbandytów.

Krok drugi:
Instalacja.

Krok trzeci:
Po usłyszeniu beznadziejnego polskiego dubbingu, przeszukanie forum i znalezienie instrukcji, jak zmienić wersję językową na angielską.

Krok czwarty:
Sprawdzenie, jak według Blizzdzierców wygląda model free-to-play.
Wygląda tak: albo setki godzin bezmyślnego pieprzonego grindu, albo zapłacić tak z czterdzieści euro, żeby kupić dość expert pack'ów. Bez tego będziesz wygrywać mniej więcej jedną walkę na dwadzieścia.

Krok piąty:
Po obowiązkowej, odblokowującej wszystkie klasy postaci serii walk z komputerem, w końcu przechodzimy do walk z najbardziej wrednymi, obrzydliwymi istotami w znanym kosmosie. Z innymi graczami.

Krok szósty:
Z zadowoleniem odkryć, że inni gracze nie mogą wyzywać Cię od noobów. Komunikacja między obcymi sobie graczami jest ograniczona do kilku standartowych tekstów, nadawanych myszką. Najmądrzejsza rzecz w całym Hearthstonie. Przydałaby się w innych grach MMO.

Krok siódmy:
Rozgrywka z żywym przeciwnikiem.
Gra turowa. Gracz ma dokładnie jedną minutę na zagranie kartami na stole, wyłożenie kart z ręki i użycie specjalnej umiejętności swojej postaci. Rzadko się zdarza, aby aż minuta była potrzebna, kilkanaście sekund wystarczy. Ale...
Jak wkurwić przeciwnika, coby zaczął popełniać błędy? Czekać prawie minutę i w ostatniej chwili, szybciutko zagrać. A w następnej turze to samo... Średnio co drugi gracz na jakiego trafiłem, stosował tę taktykę. Jeśli miałem dość czasu, odpowiadałem tym samym.

Krok ósmy:
Zorientować się, że masz szanse wygrać tylko, jeśli walczysz przeciw komuś z mniejszym portfelem albo krótszym stażem. Inni oponenci mają w talii po cztery pomarańczowe (legendarne) karty, no i nie popełniają głupich błędów. Można liczyć tylko na fuksa, że karty przyjdą w niezwykle fartownej dla Ciebie, a pechowej dla przeciwnika kolejności.
Zresztą, nawet jeśli masz dobrą talię, ogarniasz zasady i nie popełniasz błędów, w pełni wykorzystujesz efekty przypisane kartom... Nawet wtedy więcej zależy od fuksa, niż od Twoich umiejętności.

Krok dziewiąty:
Usłyszeć plotkę, że planowany dodatek do darmowej gry będzie de facto kosztować koło siedemdziesięciu euro. To zapewne nieprawda, ale doświadczenia z Blizzardem podpowiadają, że wszystko jest możliwe.

Krok ostatni:
Zastanowić się, czy coś tak wtórnego i czasochłonnego (jeśli nie chce się płacić za szybki dostęp do lepszych kart), jest warte zachodu.
Poczekam na ten nieszczęsny dodatek, jeśli sprawdzą się plotki, następnym krokiem będzie uninstall.

środa, 11 czerwca 2014

Wildstar, krok po kroku

Krok pierwszy: przekonać mnie, żebym w ogóle zagrał.

- Człowieku, ja nie cierpię ememoerpegerów. Ostatnim razem grałem w to cholerstwo, jak kupiłem Burning Crusade i opłaciłem dwa miesiące abonamentu WoWa, zresztą to ty mnie namówiłeś...
- No ale przecież ci się podobało, nie? Grałeś codziennie.
- Bo wyliczyłem, że każdy dzień aktywnego konta kosztował mnie jedno piwo. Nie mogłem tego zmarnować i zwyczajnie nie grać.
- Ale miałeś chyba z osiem postaci...
- Bo żadną nie grało mi się dobrze. Nudziłem się, jak latałem między miastami, frustrowałem, kiedy jakiś fiut z Alliance z sześćdziesiątym levelem wpadał i kładł trupem mnie, innych graczy i wszystkich NPCów, poza tym nie podobało mi się, że jeśli wybieram gnoma, to muszę być w Alliance, a nie mogę wybrać swojej strony konfliktu, wkurzała mnie wtórność questów, nudny crafting, doprowadzała mnie do szału konieczność zakładania party z jakimiś pajacami, żeby rozwalić bossa...
- Ale to było tyle lat temu... Przecież WoW wyszedł w 2004... Teraz ten Wildstar ci się spodoba. Poza tym to tylko pass na parę tygodni, ślubu z tym nie bierzesz i nic cię to nie kosztuje.
- To daj tego passa komuś, komu się to spodoba.
- Razem z kolegami mamy w sumie z pięć passów, których nie ma już komu dać. Bierz i nie wybrzydzaj.
- Dobrze, dobrze...

Krok drugi: odpalić downloada i zająć się czymś miłym, albo pożytecznym. To chwilę potrwa.

Krok trzeci: Tworzenie postaci, początek rozgrywki... zrobiłem ledwo piąty level engineerem/settlerem i mam zwyczajnie dość...

... od premiery WoWa minęło dziesięć lat. Powtórzę wyraźnie: 10 lat.
Z mojego punktu widzenia oto, jakie w tej dekadzie zaszły zmiany w dziedzinie ememoerpegerów:
- trochę ładniejsza grafika. Ale wciąż tak kolorowa, że aż mdła, momentami na ekranie taki zamęt, że ja, stary człowiek, który żywot gracza zaczynał od River Raid na Atari, nie potrafię się połapać co tak właściwie się dzieje.
- Minimalnie zmieniony system klasy/profesji.
- Bardziej zręcznościowy model walki.

I tyle. Jak dla mnie, Wildstar to klon WoWa, tyle że z doklejonymi śrubkami i antenkami, żeby udawać s-f.
Poza tym, kiedy zacząłem grać, miałem wrażenie, że to otwarta beta. Menu raz działa, raz nie, nagrody za challenge raz da się odebrać, raz nie, quest tracking raz działa, raz nie, serwer laguje, jak gimnazjalista wywołany do odpowiedzi...
Teraz usłyszałem, że to nie beta, tylko pełna wersja. 'nuff said.

Krok czwarty: uninstall.

czwartek, 30 stycznia 2014

"The Witcher 2" krok po kroku

Kroki:

1. Instalacja - bezproblemowa.

2. Intro. Filmik może nie ma sensu, ale wygląda fantastycznie.

3. Nowa gra.

4. Interfejs zaprojektowany z myślą o Scrotumianach z planety Hairysweatyballs. Na pewno nie testowano go na istotach ludzkich, bo ktoś zwróciłby uwagę, że jest idiotyczny.

5. Poprawili system savegame'ów..? Nie. Dalej jest tak chujowy, że sranie jeżozwierzami to w porównaniu z nim przyjemność.

6. Panel sterowania - uninstall.

Szanowny CD Projekcie!
Zagrajcie w Baldur's Gate i zobaczcie, jak tam wyglądają save'y. Można tworzyć ich do woli, można nadawać im nazwy, można prowadzić - jeśli ma się taką fantazję - sześć rozgrywek z sześcioma postaciami jednocześnie.
A jeśli chcecie mieć NAPRAWDĘ dobry system save'ów - odgapcie od Mass Effect i Dragon Age. Każda postać - a to podobno erpeg, więc o prowadzenie postaci chodzi - ma własny profil, własną przegródkę z save'ami i własnego autosave'a. Nawet chciwe dupki z EA potrafiły to zrobić porządnie.

Tak czy inaczej, nie żałuję. Po prostu już wiem, że jak CDP zrobi Cyberpunk, to nie warto marnować nań pieniędzy.

A z grą nie wiązałem i tak nadziei. Jak już kiedyś pisałem, nie lubię wieźmaka.
Pieprzyć Geralta.

Teraz zamierzam dać szansę Gamedecowi.

czwartek, 5 grudnia 2013

Game of thrones, krok po kroku

OK, skoro od miesięcy trafiam na dobre opinie o serialu, uznałem, że... No, na pewno nie będę go oglądać. Raz, lubię myśleć, że instynkt stadny się mnie nie ima. Dwa, jeśli chcę oglądać Sibel Kekili, to znam o wiele bardziej interesujące, obrazowe i emocjonującę pozycje z jej przeszłości.

Ale książka...

Położyłem łapska na anglojęzycznym wydaniu pierwszego tomu. Oto, jak wyglądała moja przygoda z "amerykańskim Tolkienem".

- To cholerstwo ma mapę. Mapy źle wróżą. Raz, autor zakłada, że co pięć minut sprawdzam geografię fikcyjnej krainy. Dwa, zwykle autorzy słabo znają się na dryfie kontynentalnym, geologii, erozji i ezoteryczych sprawach meteo. Skutek tego taki, że tam, gdzie powinna być pustynia, autor wpieprza bagno. Że rzeki płyną pod górę. Że pola uprawne znajdują się w samym sercu lodowatej tundry.

- Lista bohaterów jest powalająca. Przez pół książki nie mogłem się połapać, kto jest kim. W końcu niektórych zacząłem od siebie odróżniać, ale wciąż nie wiem, kim jest Yoren. O kłopotach z odróżnianiem Varysa i Viserysa nawet nie warto wspominać. Spis osób dramatu nie pomaga.

- Nie ma głównego bohatera. Z początku dałem się nabrać i uznałem, że będzie nim Jon Snow - nadal uważam, że ma największy potencjał, aby być cetralną postacią opowieści - ale chłopak został wysłany na zadupie i przez większość książki robi mniej bohaterskich rzeczy, niż choćby Harry Potter.

- Zombie. Od razu wyjaśniam: kiedy pada wyraz zombie, albo wampir, z założenia przestaję czytać i oglądać. Te tematy są chujowe, nudne i wyeksploatowane do granic możliwości. Na szczęście w "Game of thrones" jest bardzo mało magii, jak na typowe fantasy, no i nie ma innych kreatur fantastycznych (nie licząc direwolvesów). Nie ma cipowatych elfów i śmierdzących krasnali. Nie ma smoków. Jakoś to będzie, dotrwam do końca.

- Życiowa lekcja z opowieści: honor prowadzi do zguby. Lepiej być sprytnym, niż uczciwym.

- Podkreślę raz jeszcze brak głównego bohatera. To ważne, bo póki co nie ma ani jednej postaci, którą mógłbym polubić, że nie wspomnę o utożsamianiu się. Wszyscy są głupi, okrutni, chciwi, porywczy, a ten pajac, który niby jest honorowy, swoim honorem przynosi same nieszczęścia rodzinie.

- W związku z powyższym, jedynym gościem, którego mogę strawić, jest Tyrion. Ale tylko dlatego, że na tle pozostałych wypada korzystnie.

- Zbliżam się do końca tomu. Całość da się czytać. Podoba mi się to, że nigdy nie wiadomo, kto może stracić głowę, kogo zjedzą zombiaki, i w jakich paskudnych sytuacjach znajdą się bohaterowie. Nikomu w tym świecie nie sprzyjają wkurwiające, fabularnie wygodne Zbiegi Okoliczności.

- W sumie jestem zadowolony...

- Smoki. Kurwa, smoki. A już było tak pięknie...

- Tak przy okazji, co to niby za smoki? Wykluwają się z jaja, jak gady... A potem ssą mleko, jak ssaki. Ja wiem, że amerykański system edukacji pozostawia sporo do życzenia, ja wiem, smoki sa magiczne więc wszystko mogą... Ale kurwa, ssanie mleka? Bez przesady.

Jakoś wątpię, żebym sięgnął po tom kolejny.