środa, 26 listopada 2014

Jeden nagłówek

Większość nagłówków dzisiaj dotyczy wyborów (bez większej przesady mogę napisać, że WSZYSCY mamy już dość tego zasranego tematu). Ale jeden z tvn24.pl przykuł moją uwagę:

- Znany gdański duchowny odszedł z Kościoła
Ma dość hipokryzji.

Jeśli NAPRAWDĘ ma dość hipokryzji, to następnym logicznym krokiem będzie emigracja i zrzeczenie się obywatelstwa polskiego.

I tyle. See ya next week.

poniedziałek, 24 listopada 2014

I want a thousand guitars, I want pounding drums

Pisząc posty do tego zakątka Sieci, jestem jak obłąkany brudas, stojący z boku chodnika, trzymający kartonowy transparent "The End Is Nigh", bełkotliwie wykładający swoją wizję rzeczywistości, nie przejmujący się tym, czy ktokolwiek go słucha.

Mówiąc inaczej, nie zabiegam o popularność tego bloga spamując media społecznościowe, nie trolluję forów, a tym bardziej nie patrzę na statystyki wyświetleń. Cały czas ich przybywa, a w jakim tempie, i kto tu zagląda - zdecydowałem się nad tym nie zastanawiać.

Jednak dzisiaj usiadłem do klawiatury, zacząłem stukać i odkryłem, że rzucam słowami o mur i nic się do niego nie przykleja. Jedyne, co mam do powiedzenia, to że chce mi się iść spać i nie obudzić tak mniej więcej do 2030 roku.

Z nudów zerknąłem na statystyki. I trochę się zdziwiłem.

Najważniejszy post, jaki moim zdaniem się tutaj pojawił, dotyczył tego, że w naszym pięknym kraju roczna liczba samobójców jest równa liczbie ofiar śmiertelnych wypadków drogowych. Są prowadzone kampanie na rzecz poprawy drogowego bezpieczeństwa, ale prawie nikt nawet nie zająknie się o tym, jakim problemem staje się w naszym kraju depresja. Ważny, bliski mojemu sercu i poważny temat.

Ten post ma mniej więcej tyle samo wyświetleń co inne, przeciętne posty na tematy wszelakie.

Za to kilka postów wybija się ponad przeciętność. Jednym jest ostrzeżenie o kijowej jakości produktów Gerber-Fiskars. OK, niech będzie, że to solidne dziennikarstwo konsumenckie. Wyższa liczba wyświetleń jest poniekąd zrozumiała.

Ale najbardziej poczytne są dwa dziwne posty. W jednym użalam się, jakiej muzyki nie mogę słuchać, bo kojarzy mi się z porażkami emocjonalnymi. Drugi zalicza się do zapomnianej już przeze mnie kategorii Klubu Anonimowego Audioholika.

Nie wiem, może jest gdzieś tam jedna osoba, która wiele - bardzo wiele, wręcz niezdrowo wiele - razy odwiedziła te posty i zawyżyła statystykę, albo jednak więcej osób z jakiś przyczyn przyciągnęły te wpisy.

Jakie to mogą być przyczyny? Nie tekst, bo historii o zawodach miłosnych jest na świecie tyle, że się chce rzygać z przesytu, poza tym chyba każdy ma jakąś własną, więc po co mu cudze. W drugim poście tekstu prawie nie ma, a jest co najwyżej kryptoreklama Jack Daniel's Tennessee Honey...

Zostaje muzyka. W jednym zamieściłem rockową wersję "Beautiful day", w drugim "Human Touch" Bruce'a Springsteena. I dobrze. Zamiast wymyślać post, na który w tym tygodniu zwyczajnie nie mam pomysłu, odwołam się do sprawdzonej receptury na popularność posta. Wkleję klip z jutuba. Boss raz już się sprawdził, więc zagram pewniakiem:





Is there anybody alive out there...

poniedziałek, 17 listopada 2014

Let me tell you a story...

Opowiem Wam historię, której nie opowiedziałem dotąd nikomu.

To prawdziwa historia. Wydarzyła się kilka lat temu - miałem wtedy jeszcze psa, z którym chodziłem na spacery.

Była jesień, wczesny wieczór, ale ciemno jak w nocy. Dość ciepło i sucho, niemal bezwietrznie, na niebie nie było widać gwiazd ani księżyca. Razem z psem szliśmy sobie mało uczęszczaną trasą, żeby czworonóg mógł w spokoju się załatwić. Byliśmy sami - w zasięgu wzroku akurat nie było absolutnie nikogo.
W pewnym momencie pies się zatrzymał w wiadomym celu. Poluzowałem smycz, wyciągnąłem z kieszeni Pall Malle i Zippo. Zapaliłem.
Zaciągnąłem się i wydmuchnąłem dym w górę - z usilną nonszalancją kogoś, kto za wszelką cenę nie chce koncentrować się na ruchach jelit psa.
Na niebie zobaczyłem dwa czerwone światełka.
Poruszały się bezgłośnie, powoli.
Samolot, pomyślałem, ale natychmiast uświadomiłem sobie, że samoloty nie świecą ciągłym światłem, tylko migają kilkoma kolorami. Zapomniałem o psie i skupiłem się na światłach na niebie.
Nagle, bez wyraźnego powodu, jedno światełko skręciło o dziewięćdziesiąt stopni i odleciało, a drugie podążało tym samym, co dotąd kursem.
Pies zajęczał. Raz i drugi.
Pospiesznie wróciliśmy do domu. Całą drogę zerkałem w niebo, obserwując przelot czerwonego światełka.
Nikomu o tym zdarzeniu nie opowiedziałem. Aż do dzisiaj.

Co mnie zmotywowało?
Otóż znalazłem niesamowite miejsce w Sieci:

Fundację Nautilus, mieszkającą pod adresem www.nautilus.org.pl

Fundacja zajmuje się wszystkim, co paranormalne: ufo, duchy, esp, kryptozoologia... Wszystko.

Zaimponowali mi na zasadniczym poziomie. W przeciwieństwie do innych stron zajmujących się zjawiskami w stylu X-Files, na witrynie Fundacji nie zostałem zaatakowany bannerami, reklamami i zachętami do zakupu jakiejś książki, płyty DVD, czy zgoła magicznych kryształów. Wygląda na to, że Nautilus w Internecie nie działa dla zysku. Myślę, że robią to dla idei - poświęcają swój czas, żeby każdemu, kto chce o tym przeczytać, wyjaśnić w jaki sposób widzą i rozumieją rzeczywistość.

Krótko mówiąc, w kwestii fundamentalnej Fundacja Nautilus robi dokładnie to, co ja. Tak samo jak ja mają swój światopogląd i raczej nic już go nie zmieni.

Jest jednak między nami pewna różnica.

Otóż dla Nautilusa każda skaza na zdjęciu jest dowodem na istnienie UFO albo duchów. Każdy bełkot dziecka dowodzi wędrówki dusz. Moje ulubione: Dynamo (przy innej okazji pisałem, że mam go za fatalnego iluzjonistę) jest według FN.... ni mniej ni więcej, tylko prawdziwym czarodziejem. Mało tego, ponieważ chodził po wodzie, jest nowym Jezusem. Bo to, co można zobaczyć w telewizji, to niezbity dowód na jego magiczne talenty... Mówiąc krótko - nawet gdyby rzeczywiście któraś z publikowanych przez FN historii była prawdziwa, to utonęłaby wśród tuzinów nadinterpretacji i bzdur.

Ja z kolei jestem sceptykiem. Nie wierzę w UFO*, duchy, chupacabrę ani Big Foota. Tarot, wróżby i horoskopy mnie śmieszą. Jasnowidzenie? Wciąż, jak Jay Leno, czekam na nagłówek "Jasnowidz wygrywa na loterii". Dynamo jest dla mnie pospolitym ulicznym kuglarzem, który ma po prostu dobrego agenta i niezłego prawnika (jedyna magia, jaka ma miejsce, to kreatywny montaż materiału filmowego i tzw. NDA). Są inne, nierealistyczne koncepty w które wierzę: Wolność Słowa, Wolność Wyznania, Wolność do Palenia, Picia i Jedzenia wszystkiego, na co mam ochotę i na co mogę sobie pozwolić finansowo, Etyka, Równouprawnienie, Humanitaryzm... takie efemeryczne ułudy. Ale, niech to cholera, nie wierzę, że Dynamo jest Mesjaszem.

A co z moim spotkaniem z UFO?

Cóż, mógłbym złośliwie stwierdzić, że nie był to statek kosmiczny, a było to UFO w sensie dosłownym: niezidentyfikowany obiekt latający. Oczywiście, to bzdura. Doskonale wiem, co widziałem.

Tak zwany chiński lampion. Taki papierowy mały balon, z palącą się świeczką. A raczej dwa lampiony, lecące obok siebie.

Ale skoro leciały obok siebie, jakim cudem jeden skręcił? Lampiony nie mają napędu. Musiał być statkiem kosmitów, racja?

Nie. Ile osób jednocześnie w tym samym miejscu mogło postanowić wypuścić taki lampion? Kilka? A może tylko jedna? Najpierw zapalono świeczkę w pierwszym i zaczął się on wznosić. Dopiero potem zapalono drugą świeczkę.
Pierwszy lampion miał kilka metrów przewagi wysokości nad drugim. Nie leciały "obok" siebie...
Ciężko z ziemi, w nocy, na gołe oko ocenić, jaka jest odległość między dwoma świecącymi lampionami, unoszącymi się nad ziemią. Ciężko nawet próbować ocenić, jak wysoko się unoszą.

Pogadajcie przez chwilę z jakimś baloniarzem. W pewnym momencie - może akurat padać wyraz "konwekcja" - złapiecie się na tym, że przestaliście słuchać i zastanawiacie się, jaka jest w łóżku atrakcyjna sąsiadka. Ale z odrobiną koncentracji wyłowicie najważniejszą informację: jest coś takiego, jak prądy powietrzne. Taki lampion waży tyle, co poczucie wstydu posła na Sejm RP. Jeśli na wysokości dwudziestu, trzydziestu metrów nie wieje - bo w okolicy są drzewa, bloki i co tam jeszcze - to ponad dachami i wierzchołkami, może już wiać jakiś wiaterek. Niewiele potrzeba, żeby zmienić kurs czegoś, co prawie nic nie waży. Stąd raptowny skręt jednego światełka.

No dobrze, a jęki psa? Zwierzęta wyczuwają rzeczy nadnaturalne.

Jeszcze żadne zwierzę nie pokazało mi tej umiejętności. A co do jęków mojego psa... On miał wtedy szesnaście lat, brał leki na serce i środek łagodzący ból stawów, a w domu czekały na niego wlewki z diazepamem na wypadek ataku padaczkowego. Po prostu coś staruszka zabolało. I tyle.

Oczywiście, mogę się mylić. Możliwe, że NAPRAWDĘ WIDZIAŁEM PIEPRZONY STATEK UFOLUDKÓW!
Jednak łatwiej mi uwierzyć, że to był lampion, niż statek kosmitów, którzy pokonali lata świetlne, żeby zobaczyć, co słychać na naszej planecie, postanowili zrobić to chyłkiem, tak, żeby nikt nie widział, nie pokazali się publicznie... tylko zapomnieli wyłączyć światła pozycyjne... Kurde, te kosmity to jakieś głupie bestie, panie dzieju...

A Wy? Macie jakieś historie, których nikomu nie opowiedzieliście, bo były zbyt fantastyczne?
Jeśli tak, to moja rada: zachowajcie je dla siebie. Jeśli przekażecie je komuś w rodzaju internetowego portalu zajmującego się zjawiskami paranormalnymi, nie otrzymacie sensownego wyjaśnienia Waszych doświadczeń. Co najwyżej Wasza historia wyląduje obok materiału przekonującego o nadnaturalnych zdolnościach ulicznego magika**.


-------------------
* Życie pozaziemskie to zupełnie co innego.

** Tak swoją drogą - co to, kurwa, za uliczna iluzja, którą można obejrzeć tylko w telewizji?

poniedziałek, 10 listopada 2014

Jak mnie zniechęcić, część druga

Witaj z powrotem, hipotetyczny Autorze/Autorko.

Poprzednio starałem się pokazać, co musi się znaleźć w Twojej powieści, lub opowiadaniu, aby szybciutko skłonić mnie do zatrzaśnięcia książki i nie sięgania nigdy po następną sygnowaną Twoim nazwiskiem. Zakończyłem wyliczankę na osobie głównego bohatera. Obiecałem, że kiedyś uściślę, jak należy skonstruować protagonistę, aby mnie zniechęcił do lektury.

Oto dotrzymuję słowa.

- Na początek, niech główny bohater będzie zerżnięty z czegoś, co jest popularne. Niech będzie superbohaterem, niech będzie zabójcą potworów. Niech będzie wampirem. Gwarantuję, że nie przeczytam ani strony przygód kogoś takiego.

- Kolejny, niezawodny manewr: self-insertion. Hipotetyczny Autorze, uczyń siebie głównym bohaterem. O ile nie zamierzasz pisać książki autobiograficznej, albo chociaż solidnie opartej na życiowym doświadczeniu, natychmiast tracisz kłopotliwego czytelnika, jakim jestem. Jedyna osoba, której mogłem wybaczyć ten sposób pisania, to Joanna Chmielewska.

- Jeśli bohater jest symbolem seksu i wszystko co żywe chce z nim kopulować, nie jestem zainteresowany. Nieważne, czy chodzi o kobietę czy faceta. O ile nuklearny wpływ na libido postaci drugoplanowych nie jest fundamentalnie istotny dla fabuły, to zamykam książkę. Uważam, że w literackiej fikcji osoby nachalnie atrakcyjne muszą być ofiarami psychopatów, albo antagonistami.
Podgrupą tutaj są bohaterki, które nie mogą się zdecydować, który z kilku adorujących je facetów jest "tym jedynym". Wóz albo przewóz - zdecydować się na jednego, albo wejść w poligamiczny związek za zgodą wszystkich zainteresowanych stron. Ja nie jestem tutaj zainteresowaną stroną - więc nie zamierzam tracić czasu na dylematy papierowej dziewczynki.

- A może główny bohater jest nieporadną łajzą, za którą wszystko muszą robić inni? Jak, dajmy na to, Harry Potter? W książkach* Rowling bohaterką była koleżanka postaci tytułowej, niejaka Herr Meini. To ona umiała czarować, nie pochodziła z rodziny magów, nie była "sławna na cały magiczny świat", na wszystko musiała sama zapracować, była zdeterminowana, odwalała najcięższą pracę, robiła niewdzięczny research, podejmując decyzje kierowała się poczuciem obowiązku i przyzwoitości, a nie tylko emocjami... Hipotetyczny Autorze, jeśli z głównego bohatera robisz sidekicka, a protagonistą zostaje byle palant, nie licz, że będę tej ekipie towarzyszyć.

- Niech główny bohater nie ma żadnych słabych stron. Jeśli jest detektywem - musi być geniuszem, mieć fotograficzną pamięć i po jednym spojrzeniu na czyjeś sznurówki bezbłędnie odgadywać życiorys ich właściciela, do tego musi znać kung-fu, mieć licencję pilota i siedem ferrari w garażu. Jeśli jest twardzielem w stylu Snake'a Plisskena - musi być do tego całkiem bystry, przystojny i celnie strzelać z pistoletu na odległość przekraczającą skuteczny zasięg przeciętnej snajperki. Niezależnie od wybranego archetypu, bohater musi być atrakcyjny jak gwiazda pop i dowcipny. (Oczywiście, robienie bohatera zabawnym na siłę kończy się tym, że jest równie zabawny, co Karol Strassburger).

- Następna opcja dotyczy motywacji. Jeśli bohater pakuje się w śledztwo/poszukiwania/quest fantasy tylko z tego powodu, że jest "tym dobrym" to odkładam książkę. ALE! Mam złą nowinę - jeśli piszesz bohatera tak, że tylko ON myśli, że jest dobry, wciąż jest ryzyko, że będę czytać dalej. Zdarza się interesujący typ bohatera, który jest absolutnie przekonany, że czyni dobro. Dla swej wiary wycina w pień wioskę niewiernych kobiet i dzieci. Dla Prawdy Historycznej dewastuje życie osobiste niewinnych ludzi. W imię patriotyzmu i dumy narodowej zakłada obozy z komorami gazowymi... Czujecie bluesa? Motywacja "muszę to zrobić, bo to jest dobre" działa tylko w takim przypadku.

- Pamiętasz, hipotetyczny Autorze, te wszystkie rady z warsztatów pisarskich w stylu "pisz o tym, na czym się znasz"? Mogę z olbrzymim prawdopodobieństwem ocenić, że jako pisarz najlepiej znasz się na pisarstwie. Więc co zrobisz ze swoim bohaterem? Oczywiście, uczynisz go pisarzem. No dobrze, jeśli przekonam się, że protagonista żyje z pisania, to jeszcze nie zamknę książki (choć już zacznę zastanawiać się, którą otworzyć w następnej kolejności).
ALE! Jeśli nasz pisarz ma "blokadę pisarską" - wypieprzam książkę na śmietnik, a autorowi mówię "spierdalaj po dwakroć"!

- Kolejna możliwość pozbycia się mnie z grona czytelników, to pisać cały cykl o tym samym bohaterze. Jeśli jego życie jest tak upakowane, że co tydzień ratuje świat, nie chcę tego gościa znać. Jeśli co miesiąc łapie seryjnego mordercę w małej miejscowości w województwie Podkarpackim, to... przede wszystkim, nie chciałbym mieszkać w tej miejscowości.
Pozostaje jeszcze coś, co lubię nazywać Problemem Poprzeczki Progresywnej. Skoro bohater uratował swoją szkołę przed scjentologami, w następnej książce rozbił gang przemytników dziobaków, potem uratował zakładników na statku kosmicznym, w końcu rozwalił spisek syjonistycznych jaszczuroludzi, mający na celu zagładę Ziemi... To co w następnej książce? I czy na całej planecie nie ma absolutnie nikogo innego, kto zajmuje się czymś ekscytującym?

- Na zakończenie absolutny pewniak: bohater przeżywający kryzys wieku średniego. To trochę tak, jakby starać się uczynić mężczyznę interesującym podkreślając, że sika na stojąco. Jeśli wyczuję oznaki kryzysu wieku średniego, szukam innej lektury.

Oczywiście, jest wiele innych sposobów na pozbycie się mnie z grona czytelników. Wielu pewnie sam jeszcze nie znam. Ale teraz, hipotetyczny Autorze, już wiesz, jak bez pudła uniknąć krępujących sytuacji na spotkaniach autorskich, zapewniając na nich moją absencję. Wiesz, jak nie znaleźć się w kłopotliwym położeniu, jakim jest tłumaczenie się przed wyrafinowanymi kolegami po piórze, dlaczego Twoja książka ma pozytywną recenzję w tym parszywym zakątku Sieci.

Nie ma za co.


---------------------

*No dobra... przeczytałem tylko pierwszą część przygód małego chłopca bawiącego się swoją różdżką. Kilka następnych widziałem w oparach alkoholu jako filmy - i na tym opieram moją diagnozę.

poniedziałek, 3 listopada 2014

A może by tak nagłówki?

Dawno tego nie robiliśmy... No to jazda. Nagłówki tvn24.pl i wprost.pl, mniej więcej w połowie drogi między godziną 12 a 13:

Kopacz: usiądę do stołu z każdym, także z Kaczyńskim
A gdyby tak rozmowy zamiast przy stole prowadzić w jacuzzi? Czy wtedy też negocjowanoby także z Kaczyńskim?

Pod sąd za pobicie niewidomego w autobusie. "Tłumaczyli, że za dużo wypili"
Raz: to, że za pobicie idzie się pod sąd nie powinno być niusem, to powinno być oczywiste. Dwa: szkoda, że nie tłumaczyli, że za dużo grali w GTA - wtedy byłoby ciekawiej.

Porywaczy inspirowały filmy? "Scenariusz a la Tarantino jak najbardziej na miejscu"
Od razu lepiej - czuć, o ile ciekawsza będzie linia obrony. A kto wie? Może nawet dojdzie do zdelegalizowania filmów Tarantino w Polsce...

„Wujt zginie tragicznie śmierciąm”.
 Anonimem zajęła się policja
Wreszcie! Powołano wydział do walki z Przestępczością Ortograficzną i Gramatyczną! Nie mogę się doczekać, aż zaczną zamykać wszystkich, którzy zamiast "tę" mówią "tą".

Pierwsze ustalenia. "Kosmiczna taksówka" nie eksplodowała
Nie, ona uległa "ogólnej awarii spójności".

Miliarder, wizjoner, ekscentryk. Kim jest Richard Branson?
Zgaduję, że miliarderem, wizjonerem i ekscentrykiem.

Poranna kawa od Wiplera. "Część osób odmówiła"
Gdyby można było oblać pana Wiplera tą kawą, to może by nie odmówili.

"Surfował" na martwym wielorybie. "Mama ma mnie teraz za idiotę"
Nie tylko mama.

Absolwentom uczelni brakuje kompetencji?
Ze znaku zapytania wnioskuję, że napisał to absolwent jakiejś uczelni. Ludzie z innym wykształceniem nie mieliby watpliwości i postawili kropkę.

Strzelanina w Szwajcarii? Nie żyje 3 osoby
Ze znaku zapytania wnioskuję, że policja nie wyklucza innych możliwości, jak zatrucie salmonellą. Plus "nie żyje 3 osoby". Serio? Wprost może obawiać się interwencji Wydziału do walki z Przestępczością Ortograficzną i Gramatyczną.
A w nagłówku o absolwentach zdecydowanie powinna być kropka.

Na żadnej z tych pseudodziennikarskich rewelacji nie kliknąłem - czego i Wam życzę.


poniedziałek, 27 października 2014

Gabriel Knight 20th anniversary, krok po kroku

Krok 1:
Przypomnieć sobie, że pisało się kiedyś o grach Jane Jensen. Że postanowiło się nie wracać do pierwszego Gabriela Knighta, bo zbyt miło się go wspomina i szkoda psuć te wspomnienia.

Krok 2:
Położyć łapska na nowym, poprawionym wydaniu Gabriela. Tylko po to, żeby sprawdzić, co się zmieniło w stosunku do oryginału.

Krok 3:
Pierwsza zmiana - grafika w bardziej współczesnej rozdzielczości. Z pozoru wygląda ładniej ale... Cóż, gra straciła trochę klimatu. W oryginale miejsce akcji (Nowy Orlean) malowano ze sporą dozą fantazji. Wszystko wyglądało bardziej mrocznie, emanowało aurą gotyku. Teraz twórcy postanowili trochę zwiększyć realizm i nagle zrobiło się mniej ponuro, bardziej kolorowo i po prostu nudniej.

Krok 4:
No dobra, jeszcze tylko chwila i uninstall - nie warto tracić czas na grę przygodową, którą się w miarę dobrze pamięta.

Krok 5:
Kolejna zmiana na gorsze - brak oryginalnej obsady. Zamiast Skywalkera, Worfa i Pennywise'a mamy teraz nieznanych aktorów. Fakt, starają się naśladować oryginał, ale czuć, że to hoop cola, a nie pepsi. Drobna poprawa - narratorka jest nieco żwawsza, nie trzeba czekać całej minuty, aż odczyta pojedynczą kwestię.

Krok 6:
Następna zmiana - zlikwidowano dyktafon, na który Gabriel nagrywał wywiady, zamiast tego mamy zwykły notes. Poza tym uproszczono niektóre zagadki, mam wrażenie że jedna czy dwie w ogóle zniknęły, i zupełnie zmieniono tempo akcji. Poprzednio pierwszego dnia było mnóstwo rzeczy do roboty, a zdaje się że trzeciego jedna czy dwie. Teraz równomierniej rozłożono obciążenie na wszystkie dni - choć miejscami widać, że wykonano to sztucznie.
Podobno dodano osiem nowych zagadek. Zauważyć tylko dwie z nich (układanie literek u Moonbeam, oraz nonsensowna, prostacka i nudna układanka w Schloss Ritter).

Krok 7:
Dobrze, zaraz będzie uninstall. Jeszcze tylko sprawdzić, jak teraz wygląda ta idiotyczna scena z dostawaniem się do biura Mostleya...

Krok 8:
Tutaj duży plus. Zupełnie zmieniono tę sekwencję, teraz jest bardziej jak z horroru, a nie jak ze slapsticku. Za to naprawdę można ten remake pochwalić. No i za to, że tym razem w Schloss Ritter nie pada śnieg w czerwcu.

Krok 9:
Przypomnieć sobie, że niezależnie od drobnych poprawek każdy remake to samo zło i postanowić odinstalować grę... Jak tylko sprawdzi się, jaki bonus jest w następnej lokacji...

Krok 10:
Złapać się na tym, że gra się tylko dla bonusów. W każdym miejscu, które Gabriel może odwiedzić, można otworzyć notes i kliknąć zakładkę z gwiazdką. I tam znajdują się różne "smaczki" - albo storyboardy, albo oryginalne szkice, albo fotografie z planu (bluescreenu do motion capture), czy nawet wywiady z członkami oryginalnej ekipy. Te ostatnie są w kiepskiej jakości, pełne pauz, gdy przepytywani zbierali myśli i szukali odpowiedzi... Ale i tak chce się ich wysłuchać, przecież jest się fanem gry, right?

Krok 11:
Usłyszeć w wywiadzie z Jane Jensen, że tak naprawdę ten remake ma służyć jednemu. Jeśli dobrze się sprzeda, Pinkerton Studios będzie mogło lobbować w Activision zlecenie na czwartą część Gabriela.

Krok 12:
Dojść do końca gry z mieszanymi uczuciami. Gra jest OK, ale oryginał też taki był. Jedyny powód, aby grać w remake, to bonusy w zakładce z gwiazdką. No i może dla niektórych niska rozdzielczość jest zbyt niestrawna, wtedy nowa wersja ma sens. Dojść do ogólnego wniosku, że pieniądze można wydać na kilka o wiele przyjemniejszych rzeczy.

Krok 13:
Uninstall.

środa, 22 października 2014

Jak mnie zniechęcić

Przyszło nam żyć w zabawnych czasach. Z moich doświadczeń wynika jasno, że obecnie więcej osób w Polsce pisze książki, niż je czyta.

W takiej sytuacji wydawać by się mogło, że każdy czytelnik jest cenny. Każdego należy witać z otwartymi ramionami. Dawać autografy. Odpowiadać na fanmaile. Ociekać wdzięcznością za to, że kapryśna istota, jaką jest czytelnik, wybrała właśnie Twoją książkę, poświęcając czas i pieniądze, aby obcować z owocami Twojej wyobraźni i Twojego talentu. Mało tam talentu - Talentu przez duże "Ty". Bo choć czytelnik ważny jest, Ty, jako autor, jesteś ważniejszy.

A jednak... Kiedy coś napiszesz, mój hipotetyczny autorze, kiedy uda się pokonać drogę przez mękę, jaką jest zainteresowanie wydawnictwa Twoją twórczością, po setkach poprawek, korekt i frustrującej wymianie mailów z redaktorem, gdy pachnące farbą drukarską i klejem egzemplarze autorskie w końcu trafią na Twoją półkę... Otóż wtedy istnieje ryzyko, że przeczyta to ktoś, kogo wolałbyś nie mieć jako czytelnika.

Na przykład ja.

Ale da się uniknąć sytuacji, w której zostałbym odbiorcą Twojej twórczości. Oto jak:

1. Wydaj tomik poezji. Nie ma szans, abym poświęcił mu choć chwilę uwagi. Jak mam coś czytać, to będzie proza.

2. Napisz gigantyczne fantasy, zainspirowane "Game of thrones". Zacznij je od długiego na dwadzieścia kartek spisu osób dramatu. Dla pewności dopieprz jeszcze mapę - stworzoną według zasady "tutaj dam górę, tutaj morze, tam lasy - nieważne, że rzeka płynie pod górę, nieważne, że nie ma gdzie uprawiać roli, nieważne, że tutaj nie powinno być pustyni, tylko rozległe bagno". Jeśli przetrwam listę płac z imionami brzmiącymi jak przypadkowy zlepek głosek, to widok mapy z łańcuchami górskimi zderzającymi się idealnie pod kątem prostym niezawodnie odstraszy mnie od dalszej lektury.

3. Napisz opowieść osadzoną w świecie postapokaliptycznym - ale nawet nie wspomnij, jaka była ta apokalipsa. Nie przemyśl konsekwencji wojny nuklearnej/biologicznej/totalnej. Ot, szlag trafił wszystko, nie wiadomo dlaczego, i nagle świat jest pełen Mad Maxów i barbarzyńców. Nie zastanów się nawet na chwilę, jaki model społeczeństwa wyłoni się ze zgliszczy. Nie przemyśl, na czym teraz będzie się opierała ekonomia. Po prostu, nie ma więcej krajów, telewizji, prądu, a Mad Maxy walczą z obłąkanymi barbarzyńcami. Gwarantuję, że najdalej po wystrzeleniu przez Twojego głównego Mad Maxa, to jest - bohatera, otóż najdalej po tym, jak wystrzeli po raz pierwszy ze swojego shotguna, ja zatrzasnę książkę i oddam ją na pomoc dla powodzian. Z zastrzeżeniem, że ma zostać wykorzystana jako opał, albo papier toaletowy, a nie lektura.

4. Napisz kryminał, w którym bohater nie jest gliniarzem, ale i tak ma dostęp do wszelkich aspektów policyjnego śledztwa, który przeocza wskazówki, które podałeś czytelnikowi, a na końcu zbiera wszystkich podejrzanych w jednym pokoju i przez pięćdziesiąt stron tłumaczy im, jaki jest inteligentny, jak wydedukował kto jest mordercą, no i że zabił lokaj. Ewentualnie bohater może być policjantem - ale, ponieważ policja ma dziwne stopnie służbowe, niech każdy gliniarz, z bohaterem włącznie, będzie komisarzem. Tak dla uproszczenia.

5. Zmieniaj narratora. Wierzę, że jeśli autor zaczyna od narracji trzecioosobowej, to ma tak pisać całą książkę. Jeśli zdecydował się na pierwszoosobową, też musi ponieść konsekwencje i nie zmieniać narratora według własnego widzimisię.
Jeśli autor wybrał narrację w drugiej osobie - zasłużył na papierosa. Wypalonego pod ścianą, z opaską na oczach, po którym następuje salwa plutonu egzekucyjnego.
W każdym razie - nie cierpię obecnego przyzwolenia na przeskakiwanie między narratorami. Napisz jeden rozdział w pierwszej osobie, a potem jeden w trzeciej - i masz pewność, że nie zostanę Twoim czytelnikiem.

6. Pisz w czasie teraźniejszym, bez jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. Podobnie jak zmienianie osoby narratora, zasadniczo nie jest to błąd, ale i tak jest skuteczną strategią, aby mnie zniechęcić.

7. Napisz fantasy, w którym stosujesz zmyślone nazwy w opisach. Na przykład:
"Łowca akghilów rozejrzał się po komnacie księcia. Na podłodze leżały votkańskie kobierce, szerokie łoże z takvahańskiego slughrota rozpierało się naprzeciw kominka..."* I tak dalej. Nie wiem - i za chuja mnie nie obchodzi - z czego wykonano mebel, ani skąd pochodzą kobierce. To komnata księcia, zakładam, że umeblowano ją z przepychem. Jeśli zmuszasz mnie do przegryzania się przez przypadkowe zlepki głosek - good bye and good riddance.

8. Użyj któregoś z następujących wyrazów: wampir, zombie, wilkołak, wiedźmin**, buzujące hormony, szkoła czarodziejów, Cthulhu, prawda historyczna, krasnolud, elf. O ile nie nazywasz się sir Pratchett - wyrzucam Twoją książkę przez okno.

9. Napisz opowieść z bohaterem, któremu nie chcę towarzyszyć.

I tutaj powinien nastąpić opis takiego bohatera - ale jednak nie, nie tym razem. Ten tekst jest dość długi, a przecież chcę, abyś wrócił do tego zakątka Sieci za kilka dni. Więc wkrótce rozwinę myśl i wyjaśnię, jakiego musisz stworzyć bohatera, aby zapewnić sobie, że nie zostanę Twoim wiernym czytelnikiem.


------------------------------
* Przykład zmyśliłem na potrzeby tego tekstu. Ale inspiracją dla tego krótkiego opisu były książki panów Brenta Weeksa i M. W. Stovera.

** Zdaje się, że nie możesz - bo naruszyłbyś prawo autorskie. Ale jeśli przypadkiem piszesz coś o jakimś zupełnie innym, supermęskim zabójcy potworów...