Bieganie 2015

Pomysł jest prosty:
Każdego miesiąca, podczas biegania strzelić fotkę mojej odludnej dróżki. Tej, na której zacząłem biegać w sierpniu 2013.
Czemu? Ponieważ potrzebuję pretekstu, żeby podczas biegu się zatrzymać i odetchnąć. A żeby zrobić zdjęcie, trzeba przestać się na chwilę ruszać...

Styczeń:

Brak śniegu, dość wysoka temperatura, ale tak mokro, że w połowie trasy mogłem sobie wyżymać brodę. Do tego kolano asertywnie zaprotestowało przeciw wysiłkowi i zdecydowałem się skrócić trasę, a końcówkę maszerowałem.



Luty:

Trochę zima, trochę odwilż, niskie słońce prosto w oczy. Jeden z najgorszych biegów. Walczyłem z szympansem, kolką i skurczem. Ostatnie trzy skrzyżowania przetruchtałem nie rozglądając się na boki, z nadzieją, że jeden z okolicznych królów kierownicy jak zwykle będzie zapieprzać 90kmh i zakończy moje męczarnie.


Marzec:

10 stopni Celsjusza i ulewa, która na zdjęciu występuje jako czynnik rozmazująco-zamgławiający. Za to po południu wyszło słońce. A na następny dzień (w którym to piszę) spadł śnieg. I znowu wyszło słońce.


Kwiecień:

Piękna polska wiosna - ptaszki ćwierkają, słoneczko przygrzewa, drzewa, krzewy i kwiaty wypuszczają soczyście zielone pąki, ludzie chodzą uśmiechnięci, aż ma się ochotę podejść do jakiejś nieznajomej dziewczyny i powiedzieć, że aż do dzisiaj nie wierzyło się w przeznaczenie ani miłość od pierwszego wejrzenia, ale na jej widok cały światopogląd uległ zachwianiu...
Chwila... pomyliło mi się... Oto, jak wygląda polska wiosna:


Chłodno jak w sercu mojej byłej, co jakiś czas sypie śniegiem, lepkim i zimnym jak sperma Szatana, wichura piździ tak, że na wszystkich zdjęciach w kadr wlazł wzdęty rękaw wiatrówki, a na widok ładnej dziewczyny odczuwam przymus solidnego potrząśnięcia ją za ramiona i krzyknięcia w twarz "Czemu nie uciekłaś do jakiegoś ciepłego kraju, idiotko?!"....
Mówiąc krótko - jakieś pięć kilometrów przy tej pogodzie nie nastroiło mnie przyjaźnie do świata.

Maj:

Dla odmiany - dobra pogoda. W chwili kiedy to piszę, jeszcze nie otrząsnąłem się z szoku.


Czerwiec:

Po raz pierwszy musiałem wziąć ze sobą butelkę czegoś do picia - co oznaczało przystanki, żeby się nie utopić w biegu, a to z kolei oznaczało, że byłem na tym przedburzowym zaduchu o jakieś dwadzieścia minut dłużej niż zwykle...


Lipiec:

Podczas największych upałów znowu nosiłem ze sobą butelkę wody (choć zwykle uważam, że na moich dystansach nie ma sensu obciążać się dodatkową połówką kilograma). Kiedy zrobiło się cudownie chłodno (26 stopni), zamiast butelki miałem ze sobą coś, czym da się robić zdjęcia. Na przykład takie:


Sierpień:
Poprzednie największe upały okazały się nie-tak-znowu-wielkimi-upałami. Robienie zdjęć kłopotliwe, bo wyświetlacz w ogóle nie chce współpracować w tak jasnym świetle...


Wrzesień:
Wreszcie dobra temperatura do biegania.


Październik:
Sprawa dla Fundacji Nautilus... Samochód Widmo! Bo widzicie, normalnie, znaczy kiedy robiłem zdjęcie, jestem pewien, że tego auta tam nie było! A na zdjęciu jest! Zjawisko paranormalne! Serio!


Listopad:
Podczas biegania wpadam na "genialne" pomysły. Tym razem, między rozpaczliwymi haustami powietrza, wtłaczanego do zbolałych płuc przez zaciśnięte gardło, wpadłem na pomysł, jak ograniczyć liczbę muzułmańskich imigrantów, których tak bardzo się boimy, że dajemy władzę skrajnej prawicy. Otóż wystarczyłoby powiedzieć, że przyjmiemy WSZYSTKICH, którzy chcą mieszkać w Polsce... i jednocześnie dodać "Szatańskie Wersety" do listy szkolnych lektur obowiązkowych.
Na szczęście, kiedy wracam z biegania wracają też zdrowsze zmysły.


Grudzień:
Udało się. Rok biegania w obiektywie.
Chciałbym powiedzieć coś doniosłego... ale nie ma co. Zamiast gadać i pisać o bieganiu, lepiej wskoczyć w buty i pokonać kilka kilometrów. Czasem przy okazji uda się choć na chwilę pokonać jakiegoś osobistego demona.
Czasem uda się pokonać samego siebie.


Przy okazji - ten nowy słup? To latarnia. Teraz mogę tutaj biegać nawet po zmroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz